poniedziałek, 11 czerwca 2018

Plastik fantastik

czyli

Narodowy w formie i socjalistyczny w treści

Oglądając konstrukcje wschodnioniemieckich aparatów z lat osiemdziesiątych pokiwać może człek w zadumie nad prezentowaną przez nie często wysoką jakością plastikowych elementów formowanych wtryskowo. 
Technologia ta, jak widać na onych przykładach, wypierała z czasem tłoczenie z blachy - i zewnętrzna elementy metalowe korpusów zastępowane były plastikowymi, przy zachowaniu jednak praktycznie niezmienionego kształtu aparatu.

Certo KN 35 z korpusem wykończonym metalem.
Certo KN 35 z korpusem wykończonym plastikiem.

Zaobserwować to można choćby na przykładzie prostych kompaktów.  Tandetny skądinąd Certo KN 35 (produkowany od 1975) spotkać można w dwóch wersjach kolorystycznych - ze srebrnymi i czarnymi górnymi i dolnymi pokrywami korpusu; te drugie, acz identycznego kształtu, są właśnie plastikowe, choć na pierwszy rzut oka wyglądają jak matowo lakierowany metal. Tak na marginesie, zmian konstrukcyjnych w tych aparatach było ciut więcej - i np. zdejmowane tylne ścianki obu wersji są wzajemnie niewymienne.
 
Beirette k100 - prosto, ale z metalu.
Beirette vsn 2 - już plastik.

Podobnie stało się i w przypadku aparatów Beirette (o których będzie pewnie za jakiś czas coś więcej) - w oparciu model Beirette vsn (wprowadzony do produkcji połowie l. 70.) z podobnie, jak i wspomniany Certo, metalowymi pokrywami korpusu (który wykorzystany też został w budżetowej odmianie Beirette k100), powstał początkowo w roku 1987 całkowicie z zewnątrz plastikowy Beirette 35 (tym razem wyposażony w światłomierz CdS), a wreszcie dwa lata później bliźniaczy vsn 2, odróżniający się od vsn tylko zastąpieniem elementów metalowych plastikowymi. I znów, jakość wizualna plastikowych wytłoczek sprawia, że dopiero dotykiem stwierdzić można, że nie jest to lakierowany metal (zwłaszcza, że trafiają się i rzadkie egzemplarze modelu vsn lakierowane na czarno). Ba, podobny manewr zastosowano i w przypadku lustrzanki (prostej, bo prostej, ale zawsze) - wykończony metalem model Exa 1 b zastępując czarnym plastikowym Exa 1 c.

W całej tej ekonomicznej i technologicznej oczywistości kryje się jednak pewna zaskakująca ciekawostka dotycząca aparatów Praktica. Zapewne bowiem większość szczęśliwych posiadaczy gwintowych lustrzanek Praktica serii L nie zdaje sobie sprawy, że ich solidne i budzące zaufanie, lśniące chromem aparaty posiadają jak najbardziej plastikowe górne pokrywy korpusów. Serio.

Praktica MTL 5B - także nie metal!

W roku 1970 kombinat VEB Pentacon Dresden rozpoczął bowiem produkcję górnych pokryw korpusów (zaliczanych eufemistycznie do "elementów dekoracyjnych") lustrzanek Praktica serii L formowanych wtryskowo z tworzywa ABS i chromowanych. Wykonanie takiego elementu wymagało przed chromowaniem jedynie 2 etapów technologicznych, w porównaniu do 16 w przypadku tradycyjnej produkcji z mosiądzu. Galwaniczne metalizowanie tworzywa sztucznego wymagało wprawdzie zastosowania nowych technologii, podjęcia produkcji związków chemicznych dotychczas w NRD nie wytwarzanych i w ogóle przestrzegania ścisłych reżimów technologicznych. Z tym ostatnim bywało różnie, w wyniku czego w początkowym okresie produkcji otrzymywano nawet 40% braków, sama ona była w ogóle kosztowna - tym niemniej i tak bardziej opłacalna niż w przypadku tradycyjnych elementów metalowych.
W roku 1976 wprowadzono jeszcze wykonywanie napisów na takim plastikowym korpusie metodą tłoczenia na gorąco, w rezultacie czego nie było potrzeby produkowania indywidualnych elementów dla każdego modelu aparatu, jako że odpowiednie oznaczenia nanieść było można w zależności od potrzeb na jednym typowym elemencie.

Żeby jednak za dobrze nie było, ogół wschodnioniemieckich plastikowych aparatów wykonany jest z plastiku zupełnie przeciętnej jakości, a nawet - szczególnie w przypadku późniejszej produkcji firmy Certo - wręcz substandardowej. Wystarczy tu wspomnieć skądinąd bardzo fajny i ciekawy model Certo SL 110 - który wykonany jest z tworzywa nadającego się na oko co najwyżej, za przeproszeniem, na tanią mydelniczkę. Zaskakuje też nieco pewne rozdwojenie jaźni, żeby nie rzec jakości - choćby te piękne czarne Beirette vsn 2 wyposażone są w najgorsze, tandetne plastikowe korbki zwijania powrotnego i plastikowe śruby mocujące futerały pogotowia do gwintu statywowego. Pokręcić czymś takim i nie złamać - to prawdziwy wyczyn! Co ciekawe, czy to dla niepoznaki, czy lepszego efektu wizualnego, plastikowe korbki wykonywane były nieraz ze srebrnego plastiku, udającego przez to metal.

Ale cóż, gospodarka planowa...

czwartek, 19 października 2017

Nikon po raz pierwszy

W roku 1959 firma Nikon wypuściła na rynek aparat Nikon F, swój pierwszy model lustrzanki jednoobiektywowej, wprowadzając wraz z nim bagnet F, stosowany w lustrzankach Nikona do dziś. Nikon F, bazujący na rozwiązaniach aparatu dalmierzowego Nikon SP, był aparatem najwyższej klasy profesjonalnej, całkowicie udaną próbą wejścia firmy na rynek fotografii zawodowej we współzawodnictwie z aparatami dalmierzowymi. Okazał się wielkim sukcesem firmy, produkowany był do roku 1974, przez trzy lata, od 1971, równolegle ze swym następcą – Nikonem F2. Egzemplarze Nikona F trafiły do amerykańskiego programu kosmicznego, wykorzystywane przez NASA, trafiły także (i to wielokrotnie) na ekran – Nikon F Eyelevel jest w rękach Davida Hemmingsa niemal drugoplanowym bohaterem „Powiększenia” Michelangelo Antonioniego, a Photomic FTn pojawia się także w "fotoreporterskiej" wersji teledysku "Your song" Eltona Johna (zdominowanej wszak przez Pentaxy).

Nikon F Photomic FTn, obiektyw Nikkor-S Auto 50 mm 1:1.4

Aparat jest po prostu pancerny. Wzięty do ręki okazuje się niezwykle ciężki (ba, jest to jedna z najcięższych lustrzanek Nikona w ogóle!), co jest wynikiem jego bezkompromisowej pod względem wytrzymałości konstrukcji z mosiądzu i stali. Masywny pryzmat z pomiarem TTL dodaje mu także rozmiarów. Jak na porządne narzędzie pracy przystało, Nikon F oferuje dokładnie to, co potrzebne, bez zbędnych udziwnień i wodotrysków. Mechanizmy pracują niczym szwajcarski zegarek, gładko, płynnie, cicho i bez oporów.

Wnętrze kryje migawkę szczelinową o przebiegu poziomym, z roletkami wykonanymi z folii tytanowej. Oferuje ona czasy otwarcia od 1 s do 1/1000 s oraz B i T, ponadto połączenie samowyzwalacza z B pozwala uzyskać czas 2 s (aczkolwiek instrukcja nie zaleca używania samowyzwalacza przy nastawach B i T). Czasy ustawiane są z krokiem 1 EV, a ich kolorowe oznaczenia odnoszą się do nastaw synchronizacji błysku lamp spaleniowych (w przeciwieństwie do tezy ogłoszonej w książce "Nikon system" M. Górki, jakoby czasy oznaczone na zielono mogły być ustawianie bezstopniowo - nie mogą).

Najkrótszy czas synchronizacji błysku wynosi 1/60 s. Aparat oferuje przy tym cztery nastawy synchronizacji z fleszem – jedną dla lamp elektronowych oraz trzy dla spaleniowych, ustawiane poprzez obrót pokrętła czasów po jego wyciągnięciu do góry. Synchronizacja odbywać może się przez standardowe gniazdko kabla, bądź przez stopkę lampy zakładanej na szynę wokół korbki zwijania powrotnego. Niestety, wymaga to zastosowania lamp błyskowych ze specjalnymi stopkami (np. Nikon SB-2 lub SB-7), ale po założeniu adaptera AS-1 korzystać można ze zwykłych fleszy z gorącą stopką ISO. AS-1 jest jednak praktycznie w Polsce niedostępny, co wymusza użycie szyny do flesza wkręcanej w gniazdo statywowe i synchronizacji przez kabel.

Nikon F wyposażony został w kryjący 100% kadru układ celowniczy z wymiennymi matówkami (standardowo instalowano matówkę A z klinem) i celownikami. Ich wymiana dokonywana jest po wciśnięciu przycisku z lewej strony tylnej ścianki korpusu. Z przodu po prawej stronie zlokalizowano dźwignię mechanicznego samowyzwalacza, przycisk podglądu głębi ostrości oraz przełącznik blokady lustra, wykorzystywany do jego wstępnego podniesienia (dla uniknięcia drgań lub też przy stosowaniu obiektywów silnie wchodzących w głąb korpusu) oraz przy zdjęciach seryjnych w najszybszym trybie pracy windera. Niestety, przełącznik ten jest najsłabszym funkcjonalnie elementem aparatu – umożliwia teoretycznie wstępne podniesienie lustra, jednak realizowane jest to w ten sposób, że po wykonaniu zdjęcia lustro po prostu nie powraca na dół tak długo, jak długo nie przestawi się przełącznika z powrotem. Innymi słowy, konieczne być może zmarnowanie jednej klatki. Trzy kropeczki umieszczone przy dźwigni samowyzwalacza pozwalają ustawić opóźnienia ok. 3, 6 i 10 s.

Umieszczony na górze korpusu spust migawki otoczony jest pierścieniem, w położeniu R wysprzęgającym zębatkę do zwijania powrotnego. Wiek aparatu daje o sobie znać, gdy dochodzimy do kwestii wężyka spustowego – Nikon F posiada bowiem niestosowany już dziś męski gwint typu Leica, otaczający spust, a nie żeński ISO umieszczony w spuście. Konieczne jest więc zastosowanie odpowiedniego wężyka (np. Nikon AR-2), bądź też przejściówki pozwalającej adaptować wężyki z gwintami ISO – np. z oferty firm Hama czy Kaiser.

Ładowanie filmu odbywa się jak najbardziej tradycyjnie, ale także nieco archaicznie, po zdjęciu całej tylnej ścianki wraz z dolną pokrywą korpusu – innymi słowy nic nie może być wtedy wkręcone w gwint statywowy. Zdjęcie tylnej ścianki powoduje jednocześnie automatyczne wyzerowanie licznika zdjęć.

Korpus aparatu jest w pełni mechaniczny, pozbawiony jest jakiejkolwiek elektroniki (za wyjątkiem oczywiście synchronizacji błysku). Pomiar światła realizowany jest natomiast przez światłomierz wbudowany w pryzmat. Do Nikona F produkowano cztery typy pryzmatów ze światłomierzami – Photomic oferujący zewnętrzny pomiar elementem CdS, Photomic T z integralnym pomiarem TTL, Photomic Tn z centralnie ważonym pomiarem TTL oraz Photomic FTn z pomiarem centralnie ważonym TTL, z półautomatycznym wprowadzaniem jasności założonego obiektywu. Każdy z tych pryzmatów wyposażony jest we własne zasilanie bateriami pastylkowymi 1,35 V (w przypadku stosowania współczesnych baterii 1,5 V czułość filmu powinna być ustawiona o 2/3...1 EV niższa od rzeczywistej) i sprzęgany jest bezpośrednio z pokrętłem czasów aparatu. Odbiór wartości przysłony z obiektywu odbywa się poprzez wahliwą dźwignię współpracującą z umieszczonym na pierścieniu przysłony zaczepem w kształcie uszek - w celu prawidłowego sprzęgnięcia obiektyw zakładany powinien być do aparatu z przysłoną ustawioną na 5,6. W przypadku modeli Photomic, T oraz Tn po założeniu obiektywu wymagane jest następnie ręczne ustawienie jego jasności w światłomierzu, zaś Photomic FTn wymaga jedynie jednorazowego maksymalnego otwarcia przysłony, co jednocześnie wprowadza jej wartość do światłomierza – obsługiwany zakres wynosi 1,2...5,6. Wartość pomiaru wskazywana jest wskazówką widoczną nad kadrem oraz w zewnętrznym okienku na górnej pokrywie pryzmatu, w celowniku widać także wartość ustawionego czasu migawki. Pryzmaty za wyjątkiem modelu FTn pokazywały także w zewnętrznym okienku obok okularu wartość aktualnie ustawionej przysłony. Przy używaniu obiektywu niesprzęgniętego ze światłomierzem (bez uszek) konieczne jest ustawienie w światłomierzu jasności obiektywu na 5,6 i pomiar światła przy domkniętej przysłonie - metoda ta ma jednak pewne ograniczenia w zależności od użytego typu obiektywu i matówki. Światłomierz włączany jest przyciskiem na obudowie pryzmatu, a wyłączany drugim przyciskiem służącym jednocześnie jako tester baterii – pamiętać więc trzeba o jego wyłączeniu. Ponieważ pryzmat z pomiarem światła nakrywa sobą pokrętło czasów aparatu, niemożliwa staje się bez zdjęcia pryzmatu zmiana trybu synchronizacji (ale kto dziś używa spaleniówek?), nie widać też wskaźnika naciągnięcia migawki (ale jej stan można wyczuć lekko naciskając na spust).

Do Nikona F produkowano także trzy typy celowników bez pomiaru światła – "czysty" pryzmat Eyelevel, pryzmat Sportfinder o zwiększonym odstępie punktu ocznego i prosty kominek z 5x lupą. Okular celowników Eyelevel oraz Photomików wyposażony jest w gwint umożliwiający montaż osprzętu - np. muszli ocznej bądź soczewek korekcyjnych. Odległość punktu ocznego jest jednak stosunkowo niewielka dla wygodnej obserwacji całego kadru i wskaźnika światłomierza - jednoczesnego zastosowania muszli ocznej i okularów nie da się w zasadzie pogodzić - stąd przy silniejszej wadzie wzroku celowe byłoby użycie soczewki.

Powstał także do Nikona F dedykowany winder F-36 zasilany ośmioma bateriami D lub AA, umożliwiający wykonywanie do 3 kl./s z pracującym lustrem i 4 kl./s z lustrem złożonym, jednak wg dzisiejszych standardów trudno go uznać za doskonały – zblokowany był na stałe z tylną ścianką aparatu, co uniemożliwiało jego zdjęcie lub zamontowanie na aparacie z założonym filmem (chyba, że w ciemni), nie posiadał także synchronizacji z ruchem migawki, co przy stosowaniu czasów naświetlania zbyt długich dla aktualnej szybkostrzelności mogło uszkodzić migawkę. Windery nie były także swobodnie wymienne pomiędzy aparatami – każdy musiał być serwisowo zsynchronizowany z konkretnym korpusem.

Bez dwóch zdań Nikon F jest wspaniałym narzędziem fotograficznym, mimo swych niemal 60 lat – używać można go spokojnie, decydując się na ten aparat trzeba jednak mieć na uwadze jego wiek, rzutujący na niektóre kwestie użytkowe – zwłaszcza montaż flesza czy wężyka spustowego, a także niefortunną blokadę lustra. Wszelkie akcesoria są bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe do dostania – celowniki, matówki, adapter flesza etc. Nieco poniżej dzisiejszych standardów plasują się osiągi migawki – najkrótszy czas 1/1000 s i synchronizacja z fleszem do 1/60 s (choć jak dla mnie są w zupełności wystarczające), niektórym dokuczać może brak wstępnego podniesienia lustra. Aby korzystać z pomiaru światła przy pełnym otworze przysłony konieczne jest użycie obiektywów z uszkami pre-AI na pierścieniu przysłony. Biorąc Nikona F na piesze wyprawy trzeba mieć na uwadze, że jest on – jak na aparat manualny - naprawdę duży i ciężki. Jest jednak niezawodnym i bardzo solidnym, najwyższej klasy, rzetelnym narzędziem do wykonywania zdjęć – i trwałym elementem historii fotografii.

Zalety:

+ bardzo solidna budowa i znakomita niezawodność;
+ wysoka kultura pracy;
+ dobra ergonomia;
+ celownik pokazuje 100% kadru;
+ wymienne matówki i wizjery (ale trudno dostępne...);
+ aparat całkowicie mechaniczny (za wyjątkiem opcjonalnego światłomierza);

Wady:

- niezbyt dziś imponujące osiągi migawki;
- brak "prawdziwego" wstępnego podniesienia lustra;
- niezbyt duża odległość punktu oka w celowniku Eyelevel i Photomikach;
- dla pomiaru TTL przy pełnym otworze przysłony konieczne jest stosowanie obiektywów z uszkami non-AI;
- bardzo trudna osiągalność systemowego osprzętu (może poza wkręcanym w okular);
 

Dane techniczne:

Mocowanie obiektywu: bagnet F
Czasy naświetlania: 1 s – 1/1000 s, B, T
Synchronizacja z elektronową lampą błyskową: 1/60 s
Celownik: wymienny, 7 typów
Matówka: wymienna, 13 typów
Ustawianie ostrości: ręczne
Transport filmu: ręczny
     z winderem F-36 mechaniczny z prędkością 2 / 2,5 / 3 / 4 kl./s
Samowyzwalacz: mechaniczny, opóźnienie regulowane 3-10 s
Pomiar ekspozycji z celownikami pryzmatycznymi:
    Eyelevel: brak
    Photomic: zewnętrzny integralny
    Photomic T: TTL, integralny
    Photomic Tn, FTn: TTL, centralnie ważony (60% z obszaru o średnicy 12 mm)
Zakres czułości filmów*:
    Photomic: 10-1600 ASA
    Photomic T: 25-6400 ASA
    Photomic Tn: 10-6400 ASA
    Photomic FTn: 6-6400 ASA
Zakres jasności obiektywów dla pomiaru TTL: 1,2 – 5,6*
Pole widzenia celownika: 100%
Gwint statywu: 1/4"
Obudowa: metal
Wymiary:
    Eyelevel: 98x147x56 mm
    Photomic, Photomic T: 102x147x67 mm
    Photomic Tn, FTn: 102x147x66 mm
Masa:
    Eyelevel: 685 g
    Photomic, Photomic T, Tn: 830 g
    Photomic FTn: 860 g

* Parametr dotyczy tylko celownika z pomiarem światła

niedziela, 17 września 2017

Certo Certos

czyli

Typowa niemiecka tandeta

Dalmierz optyczny Certos (w pełnym brzmieniu - Certos Entfernungsmesser) produkowany był od 1961 roku przez posiadające długą tradycję drezdeńskie zakłady Certo, znane między innymi z aparatów mieszkowych Dollina czy Durata. Certos dostępny był w kilku wersjach (A, B, C, D i N) różniących się rozwiązaniem stopki służącej do mocowania dalmierza na aparacie. Nie sposób też nie dostrzec łudzącego podobieństwa pomiędzy Certosem a radzieckim dalmierzem Smiena…

Certos Modell A

Baza dalmierza wynosi 51 mm, zakres pomiaru od 0,9 m (rzadziej od 1 m) do nieskończoności, największa oznaczona na skali odległość to 10 m.
Certos robi z zewnątrz niezwykle pozytywne wrażenie - konstrukcja jest metalowa i solidna. Dalmierz obsługuje się obracając wygodne, duże pokrętło umieszczone na górze korpusu, otaczające skalę odległości - pomiar wskazywany jest na niej poprzez kropkę położoną na pokrętle (niestety bardzo malutką). Warto zwrócić uwagę, że dzięki takiemu rozwiązaniu Certos jest niezwykle łatwy w kalibracji - w razie potrzeby wystarczy poluzować śrubę i obrócić skalę w położenie odpowiednie dla rzeczywistej zmierzonej odległości. Oba okienka i okular wizjera umieszczone są dość głęboko w obudowie, co jako tako je chroni, ale i są trudne do czyszczenia.

Certos Modell A, widok z tyłu

Niestety, dobre wrażenie zewnętrzne natychmiast pryska po spojrzeniu w wizjer. Obraz ma różny kolor, w zależności od egzemplarza - a to żółty, a to fioletowy, plamka dalmierza jest spora, prostokątna, raz bezbarwna, raz zielona. Jakość obrazu jest jednak fatalna - kontrast jest niski, ostrość taka sobie, ale co gorsza bardzo źle widać odbicie okienka dalmierza... Szczerze mówiąc, nie widać go prawie wcale. Nie wiem, może miałem pecha i widziałem same Certosy ze spełzłymi ze starości lustrami (chociaż kilka opinii, które znalazłem w sieci na temat tego modelu raczej dalekich było od zachwytu), ale dalmierz ten nadaje się praktycznie tylko do pomiaru na motywach o wysokim kontraście, ciemne obiekty na jasnym tle, gałęzie na tle nieba itp., ewentualnie obiekty o silnym światłocieniu od bezpośredniego świata słonecznego. W półmroku okienka dalmierza nie widać po prostu wcale. Winę ponosi tu za mały współczynnik odbicia w lustrze półprzepuszczalnym, przez co obraz z okienka wizjera jest zbyt jasny w stosunku do dalmierza. Można temu zaradzić na dwa sposoby - bądź to idealistycznie zmieniając lustro, bądź też po prostu umieszczając w przednim okienku wizjera jakikolwiek filtr ograniczający jego jasność 4 do 8 razy. Wizjer wprawdzie ściemnieje (acz będzie jeszcze całkowicie użyteczny), ale wreszcie można zobaczyć relatywnie teraz jaśniejsze okienko dalmierza.

Co ciekawe, Certos produkowany był w kilku wersjach, przeznaczonych do różnego rodzaju aparatów i różniących się w związku z tym mocowaniem:
  • Stopka dalmierza Certos Modell A (pokazany na zdjęciach powyżej), stworzonego do aparatów Welta i Altissa, umieszczona została na prawym skraju obudowy, przez co nie powoduje to (w przeciwieństwie do np. Blika) problemów z obsługą elementów sterujących aparatu zlokalizowanych niedaleko na prawo od szyny na akcesoria, jednak dalmierz może w ten sposób wystawać na lewo od korpusu aparatu (zwłaszcza na aparatach z szynami do osprzętu zlokalizowanymi z lewej strony), utrudniając np. używanie paska nośnego.
  • Modell B, dopasowany do Beltiki II, posiada identycznie umieszczoną stopkę, ale, w odróżnieniu od modelu A, bardzo niską, tak że dalmierz praktycznie leży na aparacie.
  • Modell C, wyposażony w podobnie niską stopkę umieszczoną z lewej strony korpusu, przeznaczony jest do aparatu Durata II.
  • Modell D z kolei (zdjęcie poniżej), poprzez swe prostopadłe umieszczenie względem aparatu nie powoduje żadnych z nim kolizji, nie utrudnia także przyłożenia oka do celownika. Jak dla mnie jest to, mimo że dalmierz znacznie jednak zwiększa wysokość aparatu, chyba najbardziej optymalny sposób jego montażu.
  • I wreszcie Modell N w ogóle nie posiada stopki do mocowania na aparacie.

Certos Modell D

W zasadzie trudno mi wydać o Certosie jednoznaczną opinię - jest na pewno solidnie wykonany i bardzo wygodny w obsłudze, a także precyzyjnie wskazuje odległość. I nawet niezły obiekt kolekcjonerski. Tym niemniej, o ile nie miałem pecha, jego użyteczność jako praktyczny dalmierz jest częstokroć wątpliwa ze względu na fatalny wizjer. Wydaje mi się więc, że nie ma co ryzykować kupno Certosa w ciemno, bez osobistego sprawdzenia konkretnego egzemplarza.


Zalety:
+ solidna budowa.
+ wygodna obsługa i precyzyjny pomiar.
+ łatwość kalibracji.
+ dostępne różne wersje montażu.

Wady:
- fatalna czytelność wizjera, czasem czyniąca dalmierz bezużytecznym.

wtorek, 15 sierpnia 2017

ŁOMO Blik

Dalmierz optyczny Blik (ros. Блик [blik]) produkowany był przez leningradzką fabrykę ŁOMO około roku 1990, zapewne z przeznaczeniem dla późnych wersji aparatu Smiena - np. Smiena Symbol czy Smiena 8M.

Blik zamontowany na Smienie 8M

Baza dalmierza wynosi 50 mm, zakres pomiaru od 1 m do nieskończoności, największa odległość zaznaczona na skali to 15 m.
Z zewnątrz Blik robi początkowo nienajlepsze wrażenie - plastikowa górna pokrywa korpusu cokolwiek się telepie, jednak dalmierz okazuje się dość ciężki - wewnętrzna konstrukcja jest już metalowa, podobnie jak i stopka do montowania na aparacie. Z przodu korpusu zlokalizowano dużą szybkę osłaniającą oba okienka i nadruk z nazwą zarazem - pomysł bardzo dobry, bo łatwo ją w razie potrzeby wyczyścić; okular z kolei jest niewielki, ale bezpiecznie głęboko schowany. Dalmierz obsługuje się obracając niewielki bęben ze skalą umieszczony na tylnej ściance - łatwo zrobić to kciukiem prawej ręki, jednak precyzyjny pomiar wymaga nieco uwagi - bęben jest dość mały, wobec czego i skala odległości dość skupiona, obracać trzeba go więc z wyczuciem. W moim egzemplarzu bęben porusza się do tego dość ciężko.

Blik na Smienie 8M, widok z tyłu

Spojrzenie w umieszczony z lewej strony korpusu wizjer odsuwa jednak wszelkie zastrzeżenia w siną dal. Cudo. Obraz jest czysty, klarowny i kontrastowy, o fioletowym zabarwieniu, jasna okrągła seledynowa plamka światłomierza jest wprawdzie niewielka, ale znakomicie widoczna i umożliwia bezproblemowe nastawianie odległości nawet w solidnym półmroku. Bez problemu można też korzystać z niego w okularach.
Nieco problemów przysparzać jednak może sposób umieszczenia stopki do mocowania Blika na aparacie - znajduje się ona bowiem nie na skraju korpusu, ale tak w 2/3 jego szerokości, przez co dalmierz dość sporo wystaje na prawo od niej - w niektórych aparatach może to kolidować z elementami sterującymi. Na przykład w Smienie 8M założony Blik dość mocno utrudnia wciśnięcie spustu, częściowo go zasłaniając (do tego utrudnia także wygodne bliskie przyłożenie oka do wizjera), zaś w LC-A uniemożliwia wyzwolenie migawki w ogóle, całkowicie zakrywając sobą spust. Problem ten można jednak łatwo obejść, montując dalmierz nie bezpośrednio na aparacie, ale za pomocą dodatkowej kostki przejściowej do flesza.

Blik sprzedawany był z dopasowanym dwuczęściowym plastikowym futerałem - ponieważ stopka dalmierza wystaje z futerału na zewnątrz, możliwe było nawet założenie go na dalmierz zamontowany na aparacie.
Dalmierz ŁOMO Blik jest moim zdaniem bardzo użytecznym akcesorium, niewielkie zastrzeżenia można mieć do bębna nastawczego, ale poza tym trudno go z czystym sumieniem nie polecić.

Zalety:
+ znakomita czytelność wizjera.
+ dopasowany futerał w zestawie.

Wady:
- nieco za mała średnica bębna nastawczego.
- po założeniu utrudnia obsługę niektórych aparatów.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Rapri E 201

czyli

Światłomierz, który nie mierzy światła.
 
Produkcję światłomierza punktowego RAPRI E201 (ros. РАПРИ Э201) rozpoczęto w ZSRR w roku 1989 w moskiewskiej fabryce Radiopribor (Радиоприбор) i kontynuowano ją co najmniej w latach dziewięćdziesiątych.


E210 posiada spory prostokątny korpus zwieńczony celownikiem optycznym. Z lewej strony korpusu, pod tabliczką z nazwą, ukryta jest szufladka mieszcząca sześć pastylkowych baterii PX 625 zasilających układ elektroniczny – w celu wyjęcia należy wypchnąć ją naciskając palcem przez okrągły otwór od przeciwnej, prawej strony. Powyżej umieszczono czerwoną diodę kontrolną, zapalającą się przy wciśnięciu przycisku pomiaru, zlokalizowanego na tylnej ściance, pod wyposażonym w sporą gumową muszlę oczną okularem celownika. Pomiędzy okularem a obiektywem celownika znajduje się wskaźnik ekspozycji wraz ze skalą poprawek, a przed nim dwie obrotowe skale – tylna służy do wprowadzania czułości błony i znajduje się na niej ponadto skala przysłon, przednia, umieszczona na bębnie nastawczym światłomierza, naniesione posiada wartości czasów naświetlania i częstotliwości klatek filmu kinowego. Wbrew zewnętrznemu wrażeniu rapri ma budowę bardziej skomplikowaną, niźli mogłoby się wydawać - nie posiada prostego celownika lunetkowego, ale celownik lustrzany, którego tor optyczny okrąża dookoła od dołu całą obudowę światłomierza, w kształcie odwróconej litery Ω.
Specyficzną cechą E201 jest to, że nie posiada on żadnego elementu światłoczułego – zalicza się bowiem do światłomierzy elektrooptycznych, wykorzystujących wizualną ocenę jasności. Obraz w celowniku jest niewielki, ma monochromatyczne czerwonopomarańczowe zabarwienie, zaś w środku widoczna jest niewielka czarna kropka. Po wciśnięciu włącznika kropka zaczyna się świecić, a jej jasność reguluje się obracając bęben nastawczy światłomierza (tj. przedni). Gdy kręcąc bębnem zrówna się jasność kropki z widocznym przez celownik obiektem, na którym dokonywany jest pomiar, można odczytać na skali pary przysłon i czasów dla zmierzonej ekspozycji. Innymi słowy, ekspozycję mierzy się niejako porównując jasność obiektu ze wzorcem. Niestety – pomiar taki, w przeciwieństwie do zwykłych światłomierzy posiadających element światłoczuły, obarczony jest pewną dozą subiektywizmu – jest jednak bardziej dokładny, niźli można by się było obawiać, osobiście uważam, że pomiar mieści się spokojnie w tolerancji 0,5 EV, a z reguły trafia w punkt. Warto też na początku oswoić się nieco z zasadą ustalania pomiaru rapri, mierząc nim ekspozycję i porównując odczyt z rezultatem pomiaru innym sprawdzonym światłomierzem (lub aparatem).

Widok przez celownik podczas pomiaru ekspozycji.

Aby uniknąć zafałszowania pomiaru przez cokolwiek niejednorodną jasność kropki w celowniku (jaka przynajmniej występuje w moim egzemplarzu), warto zogniskować wzrok nie na niej, a na obiekcie w tle – albo wręcz całkiem rozostrzyć spojrzenie. Wielkość kropki, rzędu 0,8 stopnia, pozwala na wygodny pomiar światła na obiektach o wielkości cokolwiek od niej większych – już całkiem wygodnie od 1,5 stopnia. Taka konstrukcja światłomierza ma jednak tę zaletę, że nie posiada on żadnej paralaksy, pozwala też dokonywać pomiaru z dowolnie małej odległości – nawet np. rozkładu kontrastu na slajdzie, negatywie czy nawet matówce.
Zwrócić też jednak trzeba uwagę, że czerwona barwa obrazu w celowniku może doprowadzić do zafałszowania pomiaru, prowadzącego do prześwietlenia, na przedmiotach w barwach jej dopełniających – niebieskiej i zielonej (np. na średnim kolorze niebieskim ok. 0,5 EV). Z kolei pomiar na czerwonym obiekcie może doprowadzić do niedoświetlenia zdjęcia. Warto więc wybierać do dokonania pomiaru obiekty o w miarę neutralnych kolorach.
Porównywałem wskazania E 201 ze światłomierzem Swierdłowsk 4 - o ile w przeciętnych warunkach dziennych czy we wnętrzach wskazania były w punkt, to w ciemności zdarzały się wyraźnie różnice, co wynikało być może z faktu, że ledwie żarząca się wtedy żaróweczka miała pewną bezwładność reakcji na przestawianie potencjometru. No i wadą E 201 jest niska górna granica pomiaru, ledwo 16 LV, na jasnym obiekcie oświetlonym słońcem (nawet zachodzącym) brakuje mu skali.
Na koniec warto nadmienić, że ten w końcu prosty światłomierz osiąga na internetowych aukcjach absurdalne ceny rzędu 90-170 złotych – przy odrobinie szczęścia można go kupić w komisie 5-8 razy taniej. Stosunkowo drogo wypadają tu jednak baterie – komplet sześciu PX 625 to wydatek kolejnych 20-30 złotych, zależnie od producenta.

Zalety:

+ mała masa;
+ mały kąt pomiaru;
+ szeroki zakres ekspozycji;

Wady:

- cokolwiek subiektywny i nie zawsze dokładny pomiar;
- niezbyt szybki w użyciu;
- niezbyt wysoka górna granica zakresu pomiarowego;
- pomiar może być zależny od koloru obiektu;
- dość wysoka cena baterii;

Dane techniczne:

Wielkość punktu pomiarowego: ok. 0,8 stopnia
Zakres pomiaru jaskrawości: 0,5-5000 cd/m2
Zakres pomiaru ekspozycji: -6 – 16 LV
Zakres czułości błony: 16 – 800 ASA (3 – 30 DIN)
Zakres czasów naświetlania: 16 s – 1/1000 s
Zakres przysłon: 1 – 32
Zasilanie: 6 x PX 625
Wymiary: 140 x 95 x 45 mm
Masa: 200 g

piątek, 30 czerwca 2017

Kwestia wymiaru

czyli

 W pogoni za...?

Fora, galerie, portale nurzają się w maniakalnym dążeniu do - kolokwialnie rzecz ujmując - oczojebnej fotki. Byle histogram był do prawej, byle szumu ani śladu, mydła broń Boże, złoty podział co do milimetra, ostrość na oczy, tło pięknie rozmyte - nie ważne co, nie ważne jak, liczy się efekt, obowiązująca pusta techniczna perfekcja rzemieślniczej fotografii komercyjnej. Tylko przekaz, treść i zawartość gdzieś gubią się po drodze - czy za trudne, zbyt ulotne w wykonaniu i w odbiorze, czy też za mało nośne na natrętnej drodze do internetowych lajków, bezliku walących po oczach jak cepem obrazków, takich jak wszystkie inne.

Niemal dokładnie trzydzieści pięć lat temu - plus minus kilka dni - zrobiłem pogodnym wieczorem przed zamkiem w Łańcucie zdjęcie.
Ot, zwykły wakacyjny pstryk, trywialny, bezrefleksyjny i bez ambicji, jak setki innych podobnych, jeden z wielu. Ten jednak jednak stał się z czasem czymś więcej - okazał się ostatnim zdjęciem mojego ojca.

Zdjęcie do albumu rodzinnego, gdzie powinno pozostać i świata więcej nie oglądać, jak brzmi automatyczna wykładnia oficjalna, o czym tu w ogóle mówić?
O wszystkim?
A czy to tylko kwestia punktu widzenia, kwestia wrażliwości, empatii czy urojonego zachłyśnięcia się miernotą własnego rozbuchanego ego?

Na szczęście chyba w ogóle mnie to nie obchodzi...

piątek, 23 czerwca 2017

Śmiały

czyli

Refleksja na dziś

Jak blisko można dotknąć odległej z pozoru historii...
Czasem zdawało by się dalekie miejsca, czasy i rzeczy okazują się być tuż, niemal na wyciągnięcie ręki - choć i poza naszym zasięgiem. Coś, co oglądamy na starych zdjęciach, o czym czytamy w książkach, coś, co było i przeminęło, okazuje się być bliżej, niż można by sobie wyobrazić, niż można się spodziewać.
Słoneczne lato 1947, Grupa harcerzy siedzących na wagonie artyleryjskim pociągu pancernego.
Polskiego pociągu pancernego nr 53 Śmiały. Zbudowany w 1921 roku, wchodził w skład 2. dywizjonu pociągów pancernych. We wrześniu 1939 walczył w obronie Lwowa, gdzie dostał się w ręce radzieckie i wcielony został do wojsk NKWD. Zdobyty przez Niemców 7 lipca 1941, znalazł się w składzie pociągu pancernego Kampfzug A, a potem Panzerzug 10. Po rozbiciu PZ 10 w Kowlu w marcu 1944 jeden ocalały, uszkodzony wagon artyleryjski Cegielskiego trafił do niemieckiej bazy kolejowej w Rembertowie - gdzie już pozostał do lat pięćdziesiątych. 

\

Tyle historia, tyle książki, dokumenty.
Czy wiedzieli o tym, pozując do zdjęcia? Był to pewnie tylko jeden z wielu rdzewiejących pancernych kolejowych wraków stanowiących turystyczną atrakcję Rembertowa. Zdjęcie, jakże odległe, odległe jak i ta historia. Tylko na zdjęciach możemy już oglądać Śmiałego, tylko z książek i kruchych, pożółkłych dokumentów czerpać o nim wiedzę. Dawno miniona przeszłość, poza naszym zasięgiem.
Grupa harcerzy na wagonie. A pośród nich mój ojciec.

Też już dawno i daleko.