czwartek, 19 października 2017

Nikon po raz pierwszy

W roku 1959 firma Nikon wypuściła na rynek aparat Nikon F, swój pierwszy model lustrzanki jednoobiektywowej, wprowadzając wraz z nim bagnet F, stosowany w lustrzankach Nikona do dziś. Nikon F, bazujący na rozwiązaniach aparatu dalmierzowego Nikon SP, był aparatem najwyższej klasy profesjonalnej, całkowicie udaną próbą wejścia firmy na rynek fotografii zawodowej we współzawodnictwie z aparatami dalmierzowymi. Okazał się wielkim sukcesem firmy, produkowany był do roku 1974, przez trzy lata, od 1971, równolegle ze swym następcą – Nikonem F2. Egzemplarze Nikona F trafiły do amerykańskiego programu kosmicznego, wykorzystywane przez NASA, trafiły także (i to wielokrotnie) na ekran – Nikon F Eyelevel jest w rękach Davida Hemmingsa niemal drugoplanowym bohaterem „Powiększenia” Michelangelo Antonioniego, a Photomic FTn pojawia się także w "fotoreporterskiej" wersji teledysku "Your song" Eltona Johna (zdominowanej wszak przez Pentaxy).

Nikon F Photomic FTn, obiektyw Nikkor-S Auto 50 mm 1:1.4

Aparat jest po prostu pancerny. Wzięty do ręki okazuje się niezwykle ciężki (ba, jest to jedna z najcięższych lustrzanek Nikona w ogóle!), co jest wynikiem jego bezkompromisowej pod względem wytrzymałości konstrukcji z mosiądzu i stali. Masywny pryzmat z pomiarem TTL dodaje mu także rozmiarów. Jak na porządne narzędzie pracy przystało, Nikon F oferuje dokładnie to, co potrzebne, bez zbędnych udziwnień i wodotrysków. Mechanizmy pracują niczym szwajcarski zegarek, gładko, płynnie, cicho i bez oporów.

Wnętrze kryje migawkę szczelinową o przebiegu poziomym, z roletkami wykonanymi z folii tytanowej. Oferuje ona czasy otwarcia od 1 s do 1/1000 s oraz B i T, ponadto połączenie samowyzwalacza z B pozwala uzyskać czas 2 s (aczkolwiek instrukcja nie zaleca używania samowyzwalacza przy nastawach B i T). Czasy ustawiane są z krokiem 1 EV, a ich kolorowe oznaczenia odnoszą się do nastaw synchronizacji błysku lamp spaleniowych (w przeciwieństwie do tezy ogłoszonej w książce "Nikon system" M. Górki, jakoby czasy oznaczone na zielono mogły być ustawianie bezstopniowo - nie mogą).

Najkrótszy czas synchronizacji błysku wynosi 1/60 s. Aparat oferuje przy tym cztery nastawy synchronizacji z fleszem – jedną dla lamp elektronowych oraz trzy dla spaleniowych, ustawiane poprzez obrót pokrętła czasów po jego wyciągnięciu do góry. Synchronizacja odbywać może się przez standardowe gniazdko kabla, bądź przez stopkę lampy zakładanej na szynę wokół korbki zwijania powrotnego. Niestety, wymaga to zastosowania lamp błyskowych ze specjalnymi stopkami (np. Nikon SB-2 lub SB-7), ale po założeniu adaptera AS-1 korzystać można ze zwykłych fleszy z gorącą stopką ISO. AS-1 jest jednak praktycznie w Polsce niedostępny, co wymusza użycie szyny do flesza wkręcanej w gniazdo statywowe i synchronizacji przez kabel.

Nikon F wyposażony został w kryjący 100% kadru układ celowniczy z wymiennymi matówkami (standardowo instalowano matówkę A z klinem) i celownikami. Ich wymiana dokonywana jest po wciśnięciu przycisku z lewej strony tylnej ścianki korpusu. Z przodu po prawej stronie zlokalizowano dźwignię mechanicznego samowyzwalacza, przycisk podglądu głębi ostrości oraz przełącznik blokady lustra, wykorzystywany do jego wstępnego podniesienia (dla uniknięcia drgań lub też przy stosowaniu obiektywów silnie wchodzących w głąb korpusu) oraz przy zdjęciach seryjnych w najszybszym trybie pracy windera. Niestety, przełącznik ten jest najsłabszym funkcjonalnie elementem aparatu – umożliwia teoretycznie wstępne podniesienie lustra, jednak realizowane jest to w ten sposób, że po wykonaniu zdjęcia lustro po prostu nie powraca na dół tak długo, jak długo nie przestawi się przełącznika z powrotem. Innymi słowy, konieczne być może zmarnowanie jednej klatki. Trzy kropeczki umieszczone przy dźwigni samowyzwalacza pozwalają ustawić opóźnienia ok. 3, 6 i 10 s.

Umieszczony na górze korpusu spust migawki otoczony jest pierścieniem, w położeniu R wysprzęgającym zębatkę do zwijania powrotnego. Wiek aparatu daje o sobie znać, gdy dochodzimy do kwestii wężyka spustowego – Nikon F posiada bowiem niestosowany już dziś męski gwint typu Leica, otaczający spust, a nie żeński ISO umieszczony w spuście. Konieczne jest więc zastosowanie odpowiedniego wężyka (np. Nikon AR-2), bądź też przejściówki pozwalającej adaptować wężyki z gwintami ISO – np. z oferty firm Hama czy Kaiser.

Ładowanie filmu odbywa się jak najbardziej tradycyjnie, ale także nieco archaicznie, po zdjęciu całej tylnej ścianki wraz z dolną pokrywą korpusu – innymi słowy nic nie może być wtedy wkręcone w gwint statywowy. Zdjęcie tylnej ścianki powoduje jednocześnie automatyczne wyzerowanie licznika zdjęć.

Korpus aparatu jest w pełni mechaniczny, pozbawiony jest jakiejkolwiek elektroniki (za wyjątkiem oczywiście synchronizacji błysku). Pomiar światła realizowany jest natomiast przez światłomierz wbudowany w pryzmat. Do Nikona F produkowano cztery typy pryzmatów ze światłomierzami – Photomic oferujący zewnętrzny pomiar elementem CdS, Photomic T z integralnym pomiarem TTL, Photomic Tn z centralnie ważonym pomiarem TTL oraz Photomic FTn z pomiarem centralnie ważonym TTL, z półautomatycznym wprowadzaniem jasności założonego obiektywu. Każdy z tych pryzmatów wyposażony jest we własne zasilanie bateriami pastylkowymi 1,35 V (w przypadku stosowania współczesnych baterii 1,5 V czułość filmu powinna być ustawiona o 2/3...1 EV niższa od rzeczywistej) i sprzęgany jest bezpośrednio z pokrętłem czasów aparatu. Odbiór wartości przysłony z obiektywu odbywa się poprzez wahliwą dźwignię współpracującą z umieszczonym na pierścieniu przysłony zaczepem w kształcie uszek - w celu prawidłowego sprzęgnięcia obiektyw zakładany powinien być do aparatu z przysłoną ustawioną na 5,6. W przypadku modeli Photomic, T oraz Tn po założeniu obiektywu wymagane jest następnie ręczne ustawienie jego jasności w światłomierzu, zaś Photomic FTn wymaga jedynie jednorazowego maksymalnego otwarcia przysłony, co jednocześnie wprowadza jej wartość do światłomierza – obsługiwany zakres wynosi 1,2...5,6. Wartość pomiaru wskazywana jest wskazówką widoczną nad kadrem oraz w zewnętrznym okienku na górnej pokrywie pryzmatu, w celowniku widać także wartość ustawionego czasu migawki. Pryzmaty za wyjątkiem modelu FTn pokazywały także w zewnętrznym okienku obok okularu wartość aktualnie ustawionej przysłony. Przy używaniu obiektywu niesprzęgniętego ze światłomierzem (bez uszek) konieczne jest ustawienie w światłomierzu jasności obiektywu na 5,6 i pomiar światła przy domkniętej przysłonie - metoda ta ma jednak pewne ograniczenia w zależności od użytego typu obiektywu i matówki. Światłomierz włączany jest przyciskiem na obudowie pryzmatu, a wyłączany drugim przyciskiem służącym jednocześnie jako tester baterii – pamiętać więc trzeba o jego wyłączeniu. Ponieważ pryzmat z pomiarem światła nakrywa sobą pokrętło czasów aparatu, niemożliwa staje się bez zdjęcia pryzmatu zmiana trybu synchronizacji (ale kto dziś używa spaleniówek?), nie widać też wskaźnika naciągnięcia migawki (ale jej stan można wyczuć lekko naciskając na spust).

Do Nikona F produkowano także trzy typy celowników bez pomiaru światła – "czysty" pryzmat Eyelevel, pryzmat Sportfinder o zwiększonym odstępie punktu ocznego i prosty kominek z 5x lupą. Okular celowników Eyelevel oraz Photomików wyposażony jest w gwint umożliwiający montaż osprzętu - np. muszli ocznej bądź soczewek korekcyjnych. Odległość punktu ocznego jest jednak stosunkowo niewielka dla wygodnej obserwacji całego kadru i wskaźnika światłomierza - jednoczesnego zastosowania muszli ocznej i okularów nie da się w zasadzie pogodzić - stąd przy silniejszej wadzie wzroku celowe byłoby użycie soczewki.

Powstał także do Nikona F dedykowany winder F-36 zasilany ośmioma bateriami D lub AA, umożliwiający wykonywanie do 3 kl./s z pracującym lustrem i 4 kl./s z lustrem złożonym, jednak wg dzisiejszych standardów trudno go uznać za doskonały – zblokowany był na stałe z tylną ścianką aparatu, co uniemożliwiało jego zdjęcie lub zamontowanie na aparacie z założonym filmem (chyba, że w ciemni), nie posiadał także synchronizacji z ruchem migawki, co przy stosowaniu czasów naświetlania zbyt długich dla aktualnej szybkostrzelności mogło uszkodzić migawkę. Windery nie były także swobodnie wymienne pomiędzy aparatami – każdy musiał być serwisowo zsynchronizowany z konkretnym korpusem.

Bez dwóch zdań Nikon F jest wspaniałym narzędziem fotograficznym, mimo swych niemal 60 lat – używać można go spokojnie, decydując się na ten aparat trzeba jednak mieć na uwadze jego wiek, rzutujący na niektóre kwestie użytkowe – zwłaszcza montaż flesza czy wężyka spustowego, a także niefortunną blokadę lustra. Wszelkie akcesoria są bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe do dostania – celowniki, matówki, adapter flesza etc. Nieco poniżej dzisiejszych standardów plasują się osiągi migawki – najkrótszy czas 1/1000 s i synchronizacja z fleszem do 1/60 s (choć jak dla mnie są w zupełności wystarczające), niektórym dokuczać może brak wstępnego podniesienia lustra. Aby korzystać z pomiaru światła przy pełnym otworze przysłony konieczne jest użycie obiektywów z uszkami pre-AI na pierścieniu przysłony. Biorąc Nikona F na piesze wyprawy trzeba mieć na uwadze, że jest on – jak na aparat manualny - naprawdę duży i ciężki. Jest jednak niezawodnym i bardzo solidnym, najwyższej klasy, rzetelnym narzędziem do wykonywania zdjęć – i trwałym elementem historii fotografii.

Zalety:

+ bardzo solidna budowa i znakomita niezawodność;
+ wysoka kultura pracy;
+ dobra ergonomia;
+ celownik pokazuje 100% kadru;
+ wymienne matówki i wizjery (ale trudno dostępne...);
+ aparat całkowicie mechaniczny (za wyjątkiem opcjonalnego światłomierza);

Wady:

- niezbyt dziś imponujące osiągi migawki;
- brak "prawdziwego" wstępnego podniesienia lustra;
- niezbyt duża odległość punktu oka w celowniku Eyelevel i Photomikach;
- dla pomiaru TTL przy pełnym otworze przysłony konieczne jest stosowanie obiektywów z uszkami non-AI;
- bardzo trudna osiągalność systemowego osprzętu (może poza wkręcanym w okular);
 

Dane techniczne:

Mocowanie obiektywu: bagnet F
Czasy naświetlania: 1 s – 1/1000 s, B, T
Synchronizacja z elektronową lampą błyskową: 1/60 s
Celownik: wymienny, 7 typów
Matówka: wymienna, 13 typów
Ustawianie ostrości: ręczne
Transport filmu: ręczny
     z winderem F-36 mechaniczny z prędkością 2 / 2,5 / 3 / 4 kl./s
Samowyzwalacz: mechaniczny, opóźnienie regulowane 3-10 s
Pomiar ekspozycji z celownikami pryzmatycznymi:
    Eyelevel: brak
    Photomic: zewnętrzny integralny
    Photomic T: TTL, integralny
    Photomic Tn, FTn: TTL, centralnie ważony (60% z obszaru o średnicy 12 mm)
Zakres czułości filmów*:
    Photomic: 10-1600 ASA
    Photomic T: 25-6400 ASA
    Photomic Tn: 10-6400 ASA
    Photomic FTn: 6-6400 ASA
Zakres jasności obiektywów dla pomiaru TTL: 1,2 – 5,6*
Pole widzenia celownika: 100%
Gwint statywu: 1/4"
Obudowa: metal
Wymiary:
    Eyelevel: 98x147x56 mm
    Photomic, Photomic T: 102x147x67 mm
    Photomic Tn, FTn: 102x147x66 mm
Masa:
    Eyelevel: 685 g
    Photomic, Photomic T, Tn: 830 g
    Photomic FTn: 860 g

* Parametr dotyczy tylko celownika z pomiarem światła

niedziela, 17 września 2017

Certo Certos

czyli

Typowa niemiecka tandeta

Dalmierz optyczny Certos (w pełnym brzmieniu - Certos Entfernungsmesser) produkowany był od 1961 roku przez posiadające długą tradycję drezdeńskie zakłady Certo, znane między innymi z aparatów mieszkowych Dollina czy Durata. Certos dostępny był w kilku wersjach (A, B, C, D i N) różniących się rozwiązaniem stopki służącej do mocowania dalmierza na aparacie. Nie sposób też nie dostrzec łudzącego podobieństwa pomiędzy Certosem a radzieckim dalmierzem Smiena…

Certos Modell A

Baza dalmierza wynosi 51 mm, zakres pomiaru od 0,9 m (rzadziej od 1 m) do nieskończoności, największa oznaczona na skali odległość to 10 m.
Certos robi z zewnątrz niezwykle pozytywne wrażenie - konstrukcja jest metalowa i solidna. Dalmierz obsługuje się obracając wygodne, duże pokrętło umieszczone na górze korpusu, otaczające skalę odległości - pomiar wskazywany jest na niej poprzez kropkę położoną na pokrętle (niestety bardzo malutką). Warto zwrócić uwagę, że dzięki takiemu rozwiązaniu Certos jest niezwykle łatwy w kalibracji - w razie potrzeby wystarczy poluzować śrubę i obrócić skalę w położenie odpowiednie dla rzeczywistej zmierzonej odległości. Oba okienka i okular wizjera umieszczone są dość głęboko w obudowie, co jako tako je chroni, ale i są trudne do czyszczenia.

Certos Modell A, widok z tyłu

Niestety, dobre wrażenie zewnętrzne natychmiast pryska po spojrzeniu w wizjer. Obraz ma różny kolor, w zależności od egzemplarza - a to żółty, a to fioletowy, plamka dalmierza jest spora, prostokątna, raz bezbarwna, raz zielona. Jakość obrazu jest jednak fatalna - kontrast jest niski, ostrość taka sobie, ale co gorsza bardzo źle widać odbicie okienka dalmierza... Szczerze mówiąc, nie widać go prawie wcale. Nie wiem, może miałem pecha i widziałem same Certosy ze spełzłymi ze starości lustrami (chociaż kilka opinii, które znalazłem w sieci na temat tego modelu raczej dalekich było od zachwytu), ale dalmierz ten nadaje się praktycznie tylko do pomiaru na motywach o wysokim kontraście, ciemne obiekty na jasnym tle, gałęzie na tle nieba itp., ewentualnie obiekty o silnym światłocieniu od bezpośredniego świata słonecznego. W półmroku okienka dalmierza nie widać po prostu wcale. Winę ponosi tu za mały współczynnik odbicia w lustrze półprzepuszczalnym, przez co obraz z okienka wizjera jest zbyt jasny w stosunku do dalmierza. Można temu zaradzić na dwa sposoby - bądź to idealistycznie zmieniając lustro, bądź też po prostu umieszczając w przednim okienku wizjera jakikolwiek filtr ograniczający jego jasność 4 do 8 razy. Wizjer wprawdzie ściemnieje (acz będzie jeszcze całkowicie użyteczny), ale wreszcie można zobaczyć relatywnie teraz jaśniejsze okienko dalmierza.

Co ciekawe, Certos produkowany był w kilku wersjach, przeznaczonych do różnego rodzaju aparatów i różniących się w związku z tym mocowaniem:
  • Stopka dalmierza Certos Modell A (pokazany na zdjęciach powyżej), stworzonego do aparatów Welta i Altissa, umieszczona została na prawym skraju obudowy, przez co nie powoduje to (w przeciwieństwie do np. Blika) problemów z obsługą elementów sterujących aparatu zlokalizowanych niedaleko na prawo od szyny na akcesoria, jednak dalmierz może w ten sposób wystawać na lewo od korpusu aparatu (zwłaszcza na aparatach z szynami do osprzętu zlokalizowanymi z lewej strony), utrudniając np. używanie paska nośnego.
  • Modell B, dopasowany do Beltiki II, posiada identycznie umieszczoną stopkę, ale, w odróżnieniu od modelu A, bardzo niską, tak że dalmierz praktycznie leży na aparacie.
  • Modell C, wyposażony w podobnie niską stopkę umieszczoną z lewej strony korpusu, przeznaczony jest do aparatu Durata II.
  • Modell D z kolei (zdjęcie poniżej), poprzez swe prostopadłe umieszczenie względem aparatu nie powoduje żadnych z nim kolizji, nie utrudnia także przyłożenia oka do celownika. Jak dla mnie jest to, mimo że dalmierz znacznie jednak zwiększa wysokość aparatu, chyba najbardziej optymalny sposób jego montażu.
  • I wreszcie Modell N w ogóle nie posiada stopki do mocowania na aparacie.

Certos Modell D

W zasadzie trudno mi wydać o Certosie jednoznaczną opinię - jest na pewno solidnie wykonany i bardzo wygodny w obsłudze, a także precyzyjnie wskazuje odległość. I nawet niezły obiekt kolekcjonerski. Tym niemniej, o ile nie miałem pecha, jego użyteczność jako praktyczny dalmierz jest częstokroć wątpliwa ze względu na fatalny wizjer. Wydaje mi się więc, że nie ma co ryzykować kupno Certosa w ciemno, bez osobistego sprawdzenia konkretnego egzemplarza.


Zalety:
+ solidna budowa.
+ wygodna obsługa i precyzyjny pomiar.
+ łatwość kalibracji.
+ dostępne różne wersje montażu.

Wady:
- fatalna czytelność wizjera, czasem czyniąca dalmierz bezużytecznym.

wtorek, 15 sierpnia 2017

ŁOMO Blik

Dalmierz optyczny Blik (ros. Блик [blik]) produkowany był przez leningradzką fabrykę ŁOMO około roku 1990, zapewne z przeznaczeniem dla późnych wersji aparatu Smiena - np. Smiena Symbol czy Smiena 8M.

Blik zamontowany na Smienie 8M

Baza dalmierza wynosi 50 mm, zakres pomiaru od 1 m do nieskończoności, największa odległość zaznaczona na skali to 15 m.
Z zewnątrz Blik robi początkowo nienajlepsze wrażenie - plastikowa górna pokrywa korpusu cokolwiek się telepie, jednak dalmierz okazuje się dość ciężki - wewnętrzna konstrukcja jest już metalowa, podobnie jak i stopka do montowania na aparacie. Z przodu korpusu zlokalizowano dużą szybkę osłaniającą oba okienka i nadruk z nazwą zarazem - pomysł bardzo dobry, bo łatwo ją w razie potrzeby wyczyścić; okular z kolei jest niewielki, ale bezpiecznie głęboko schowany. Dalmierz obsługuje się obracając niewielki bęben ze skalą umieszczony na tylnej ściance - łatwo zrobić to kciukiem prawej ręki, jednak precyzyjny pomiar wymaga nieco uwagi - bęben jest dość mały, wobec czego i skala odległości dość skupiona, obracać trzeba go więc z wyczuciem. W moim egzemplarzu bęben porusza się do tego dość ciężko.

Blik na Smienie 8M, widok z tyłu

Spojrzenie w umieszczony z lewej strony korpusu wizjer odsuwa jednak wszelkie zastrzeżenia w siną dal. Cudo. Obraz jest czysty, klarowny i kontrastowy, o fioletowym zabarwieniu, jasna okrągła seledynowa plamka światłomierza jest wprawdzie niewielka, ale znakomicie widoczna i umożliwia bezproblemowe nastawianie odległości nawet w solidnym półmroku. Bez problemu można też korzystać z niego w okularach.
Nieco problemów przysparzać jednak może sposób umieszczenia stopki do mocowania Blika na aparacie - znajduje się ona bowiem nie na skraju korpusu, ale tak w 2/3 jego szerokości, przez co dalmierz dość sporo wystaje na prawo od niej - w niektórych aparatach może to kolidować z elementami sterującymi. Na przykład w Smienie 8M założony Blik dość mocno utrudnia wciśnięcie spustu, częściowo go zasłaniając (do tego utrudnia także wygodne bliskie przyłożenie oka do wizjera), zaś w LC-A uniemożliwia wyzwolenie migawki w ogóle, całkowicie zakrywając sobą spust. Problem ten można jednak łatwo obejść, montując dalmierz nie bezpośrednio na aparacie, ale za pomocą dodatkowej kostki przejściowej do flesza.

Blik sprzedawany był z dopasowanym dwuczęściowym plastikowym futerałem - ponieważ stopka dalmierza wystaje z futerału na zewnątrz, możliwe było nawet założenie go na dalmierz zamontowany na aparacie.
Dalmierz ŁOMO Blik jest moim zdaniem bardzo użytecznym akcesorium, niewielkie zastrzeżenia można mieć do bębna nastawczego, ale poza tym trudno go z czystym sumieniem nie polecić.

Zalety:
+ znakomita czytelność wizjera.
+ dopasowany futerał w zestawie.

Wady:
- nieco za mała średnica bębna nastawczego.
- po założeniu utrudnia obsługę niektórych aparatów.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Rapri E 201

czyli

Światłomierz, który nie mierzy światła.
 
Produkcję światłomierza punktowego RAPRI E201 (ros. РАПРИ Э201) rozpoczęto w ZSRR w roku 1989 w moskiewskiej fabryce Radiopribor (Радиоприбор) i kontynuowano ją co najmniej w latach dziewięćdziesiątych.


E210 posiada spory prostokątny korpus zwieńczony celownikiem optycznym. Z lewej strony korpusu, pod tabliczką z nazwą, ukryta jest szufladka mieszcząca sześć pastylkowych baterii PX 625 zasilających układ elektroniczny – w celu wyjęcia należy wypchnąć ją naciskając palcem przez okrągły otwór od przeciwnej, prawej strony. Powyżej umieszczono czerwoną diodę kontrolną, zapalającą się przy wciśnięciu przycisku pomiaru, zlokalizowanego na tylnej ściance, pod wyposażonym w sporą gumową muszlę oczną okularem celownika. Pomiędzy okularem a obiektywem celownika znajduje się wskaźnik ekspozycji wraz ze skalą poprawek, a przed nim dwie obrotowe skale – tylna służy do wprowadzania czułości błony i znajduje się na niej ponadto skala przysłon, przednia, umieszczona na bębnie nastawczym światłomierza, naniesione posiada wartości czasów naświetlania i częstotliwości klatek filmu kinowego. Wbrew zewnętrznemu wrażeniu rapri ma budowę bardziej skomplikowaną, niźli mogłoby się wydawać - nie posiada prostego celownika lunetkowego, ale celownik lustrzany, którego tor optyczny okrąża dookoła od dołu całą obudowę światłomierza, w kształcie odwróconej litery Ω.
Specyficzną cechą E201 jest to, że nie posiada on żadnego elementu światłoczułego – zalicza się bowiem do światłomierzy elektrooptycznych, wykorzystujących wizualną ocenę jasności. Obraz w celowniku jest niewielki, ma monochromatyczne czerwonopomarańczowe zabarwienie, zaś w środku widoczna jest niewielka czarna kropka. Po wciśnięciu włącznika kropka zaczyna się świecić, a jej jasność reguluje się obracając bęben nastawczy światłomierza (tj. przedni). Gdy kręcąc bębnem zrówna się jasność kropki z widocznym przez celownik obiektem, na którym dokonywany jest pomiar, można odczytać na skali pary przysłon i czasów dla zmierzonej ekspozycji. Innymi słowy, ekspozycję mierzy się niejako porównując jasność obiektu ze wzorcem. Niestety – pomiar taki, w przeciwieństwie do zwykłych światłomierzy posiadających element światłoczuły, obarczony jest pewną dozą subiektywizmu – jest jednak bardziej dokładny, niźli można by się było obawiać, osobiście uważam, że pomiar mieści się spokojnie w tolerancji 0,5 EV, a z reguły trafia w punkt. Warto też na początku oswoić się nieco z zasadą ustalania pomiaru rapri, mierząc nim ekspozycję i porównując odczyt z rezultatem pomiaru innym sprawdzonym światłomierzem (lub aparatem).

Widok przez celownik podczas pomiaru ekspozycji.

Aby uniknąć zafałszowania pomiaru przez cokolwiek niejednorodną jasność kropki w celowniku (jaka przynajmniej występuje w moim egzemplarzu), warto zogniskować wzrok nie na niej, a na obiekcie w tle – albo wręcz całkiem rozostrzyć spojrzenie. Wielkość kropki, rzędu 0,8 stopnia, pozwala na wygodny pomiar światła na obiektach o wielkości cokolwiek od niej większych – już całkiem wygodnie od 1,5 stopnia. Taka konstrukcja światłomierza ma jednak tę zaletę, że nie posiada on żadnej paralaksy, pozwala też dokonywać pomiaru z dowolnie małej odległości – nawet np. rozkładu kontrastu na slajdzie, negatywie czy nawet matówce.
Zwrócić też jednak trzeba uwagę, że czerwona barwa obrazu w celowniku może doprowadzić do zafałszowania pomiaru, prowadzącego do prześwietlenia, na przedmiotach w barwach jej dopełniających – niebieskiej i zielonej (np. na średnim kolorze niebieskim ok. 0,5 EV). Z kolei pomiar na czerwonym obiekcie może doprowadzić do niedoświetlenia zdjęcia. Warto więc wybierać do dokonania pomiaru obiekty o w miarę neutralnych kolorach.
Porównywałem wskazania E 201 ze światłomierzem Swierdłowsk 4 - o ile w przeciętnych warunkach dziennych czy we wnętrzach wskazania były w punkt, to w ciemności zdarzały się wyraźnie różnice, co wynikało być może z faktu, że ledwie żarząca się wtedy żaróweczka miała pewną bezwładność reakcji na przestawianie potencjometru. No i wadą E 201 jest niska górna granica pomiaru, ledwo 16 LV, na jasnym obiekcie oświetlonym słońcem (nawet zachodzącym) brakuje mu skali.
Na koniec warto nadmienić, że ten w końcu prosty światłomierz osiąga na internetowych aukcjach absurdalne ceny rzędu 90-170 złotych – przy odrobinie szczęścia można go kupić w komisie 5-8 razy taniej. Stosunkowo drogo wypadają tu jednak baterie – komplet sześciu PX 625 to wydatek kolejnych 20-30 złotych, zależnie od producenta.

Zalety:

+ mała masa;
+ mały kąt pomiaru;
+ szeroki zakres ekspozycji;

Wady:

- cokolwiek subiektywny i nie zawsze dokładny pomiar;
- niezbyt szybki w użyciu;
- niezbyt wysoka górna granica zakresu pomiarowego;
- pomiar może być zależny od koloru obiektu;
- dość wysoka cena baterii;

Dane techniczne:

Wielkość punktu pomiarowego: ok. 0,8 stopnia
Zakres pomiaru jaskrawości: 0,5-5000 cd/m2
Zakres pomiaru ekspozycji: -6 – 16 LV
Zakres czułości błony: 16 – 800 ASA (3 – 30 DIN)
Zakres czasów naświetlania: 16 s – 1/1000 s
Zakres przysłon: 1 – 32
Zasilanie: 6 x PX 625
Wymiary: 140 x 95 x 45 mm
Masa: 200 g

piątek, 30 czerwca 2017

Kwestia wymiaru

czyli

 W pogoni za...?

Fora, galerie, portale nurzają się w maniakalnym dążeniu do - kolokwialnie rzecz ujmując - oczojebnej fotki. Byle histogram był do prawej, byle szumu ani śladu, mydła broń Boże, złoty podział co do milimetra, ostrość na oczy, tło pięknie rozmyte - nie ważne co, nie ważne jak, liczy się efekt, obowiązująca pusta techniczna perfekcja rzemieślniczej fotografii komercyjnej. Tylko przekaz, treść i zawartość gdzieś gubią się po drodze - czy za trudne, zbyt ulotne w wykonaniu i w odbiorze, czy też za mało nośne na natrętnej drodze do internetowych lajków, bezliku walących po oczach jak cepem obrazków, takich jak wszystkie inne.

Niemal dokładnie trzydzieści pięć lat temu - plus minus kilka dni - zrobiłem pogodnym wieczorem przed zamkiem w Łańcucie zdjęcie.
Ot, zwykły wakacyjny pstryk, trywialny, bezrefleksyjny i bez ambicji, jak setki innych podobnych, jeden z wielu. Ten jednak jednak stał się z czasem czymś więcej - okazał się ostatnim zdjęciem mojego ojca.

Zdjęcie do albumu rodzinnego, gdzie powinno pozostać i świata więcej nie oglądać, jak brzmi automatyczna wykładnia oficjalna, o czym tu w ogóle mówić?
O wszystkim?
A czy to tylko kwestia punktu widzenia, kwestia wrażliwości, empatii czy urojonego zachłyśnięcia się miernotą własnego rozbuchanego ego?

Na szczęście chyba w ogóle mnie to nie obchodzi...

piątek, 23 czerwca 2017

Śmiały

czyli

Refleksja na dziś

Jak blisko można dotknąć odległej z pozoru historii...
Czasem zdawało by się dalekie miejsca, czasy i rzeczy okazują się być tuż, niemal na wyciągnięcie ręki - choć i poza naszym zasięgiem. Coś, co oglądamy na starych zdjęciach, o czym czytamy w książkach, coś, co było i przeminęło, okazuje się być bliżej, niż można by sobie wyobrazić, niż można się spodziewać.
Słoneczne lato 1947, Grupa harcerzy siedzących na wagonie artyleryjskim pociągu pancernego.
Polskiego pociągu pancernego nr 53 Śmiały. Zbudowany w 1921 roku, wchodził w skład 2. dywizjonu pociągów pancernych. We wrześniu 1939 walczył w obronie Lwowa, gdzie dostał się w ręce radzieckie i wcielony został do wojsk NKWD. Zdobyty przez Niemców 7 lipca 1941, znalazł się w składzie pociągu pancernego Kampfzug A, a potem Panzerzug 10. Po rozbiciu PZ 10 w Kowlu w marcu 1944 jeden ocalały, uszkodzony wagon artyleryjski Cegielskiego trafił do niemieckiej bazy kolejowej w Rembertowie - gdzie już pozostał do lat pięćdziesiątych. 

\

Tyle historia, tyle książki, dokumenty.
Czy wiedzieli o tym, pozując do zdjęcia? Był to pewnie tylko jeden z wielu rdzewiejących pancernych kolejowych wraków stanowiących turystyczną atrakcję Rembertowa. Zdjęcie, jakże odległe, odległe jak i ta historia. Tylko na zdjęciach możemy już oglądać Śmiałego, tylko z książek i kruchych, pożółkłych dokumentów czerpać o nim wiedzę. Dawno miniona przeszłość, poza naszym zasięgiem.
Grupa harcerzy na wagonie. A pośród nich mój ojciec.

Też już dawno i daleko.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

BiełOMO Siluet Elektro


czyli

Wilia nowoczesna?

Aparat kompaktowy Siluet Elektro produkowany był przez białoruskie zakłady BiełOMO w latach 1975 (1976?) - 1981. Obok Wilii Auto i Oriona EE był on trzecią pochodną popularnej manualnej Wilii wyposażoną w układ automatyki ekspozycji, w przeciwieństwie do selenowej Wilii Auto, a podobnie do Oriona EE, oparty o fotoelement CdS. Pierwotną nazwą aparatu była zresztą Wilia Elektro.
    Zewnętrznie Siluet wygląda praktycznie jak bliźniak Wilii – stąd też praktycznie wszystkie uwagi dotyczące konstrukcji, ergonomii i ogólnego użytkowania Wilii można odnieść i do niego. Siluet jest jedynie minimalnie większy, co wynika z dłuższej o kilka milimetrów obudowy obiektywu i nieznacznie cięższy. Jedynie metalowe wykończenie boków korpusu ma w Siluecie barwę czarną, miast chromu Wilii (acz pierwotna Wilia Elektro kolorystykę miała taką samą, jak i Wilia). Różnice zaczynają się dopiero w związku z zastosowaną automatyką.


Z lewej strony na dole korpusu znalazło się gniazdo baterii – przewidziano tu baterię 4RC53 o napięciu 5-6 V, jednak stosować można i pojedyncze zamienniki – cztery sztuki RC53, LR 9, L1560, PX625, czy jak tam jeszcze te baterie się nazywają. Kupić je można w każdym razie bez problemu, należy jednak dopchnąć je czymś metalowym (choćby trzema-czterema jednogroszówkami), bo cztery pojedyncze baterie są za krótkie jak na długość komory. Siluet był też przewidziany do stosowania alternatywnie baterii Mallory 7H34 i sprzedawano go w komplecie z odpowiednim dla niej adapterem. Niestety – pokrywka gniazda baterii jest chyba najsłabszym punktem aparatu – wkręca się ją za pomocą plastikowego gwintu o dużej średnicy i małym skoku, trudnego do użycia, stawiającego spory opór, a za to łatwego do uszkodzenia. A jeśli gwint się zerwie – powstaje zasadniczy problem choćby z otwarciem komory baterii.
Obiektyw pozostał ten sam – prosty, trójsoczewkowy tryplet Triplet 69-3 o ogniskowej 40 mm i maksymalnym otworze względnym 1:4, posiadający powłoki przeciwodblaskowe, z dwulamelkową migawką sektorową i czterolamelkową przysłoną umieszczonymi za ostatnią soczewką. Obudowa obiektywu uległa największym zmianom w porównaniu z manualną Wilią. Ponad przednią soczewką, wewnątrz gwintu filtra, pojawiło się okienko fotokomórki, zmienił się także układ pierścieni nastawczych. Umieszczony z przodu pierścień ostrości jest identyczny jak w Wilii, zaraz za nim umieszczono także skalę głębi ostrości – niestety, znów policzoną dla dużego krążka rozproszenia, wynoszącego aż 0,05 mm; stąd też dla uniknięcia przykrych niespodzianek warto posługiwać się znacznikami dla przysłony o stopień mniejszej od faktycznie nastawionej. Czyli jeśli ustawimy np. przysłonę 11, to głębię ostrości odczytujemy wg symboli dla przysłony 8.
Przy samym korpusie znalazł się teraz pierścień wyboru przysłony – bardzo zarazem wygodny, a pomiędzy nim a pierścieniem ostrości umieszczono wąziutki pierścień nastawiania czułości filmu – wyskalowany w zakresie 13-25 DIN i 16-250 GOST-ASA. Posiada on odpowiednie znaczniki dla obu skal, a wartości czułości naniesione zostały na pierścieniu przysłony – czułość ustawia się więc obracając pierścień czułości względem pierścienia przysłony (albo na odwrót), a przy późniejszym ustawianiu przysłony oba pierścienie obracają się już wspólnie (i uważać trzeba nieco, aby zmieniając przysłonę niechcący nie przestawić czułości). Obok wartości przysłon umieszczono ponadto zwyczajowe symbole warunków oświetleniowych (słońce, ciemne słońce, jasne chmury, ciemne chmury, deszcz) pomagające wybrać przysłonę odpowiednią dla danego oświetlenia.


Na dole obiektywu, z prawej strony, tam gdzie Wilia posiada dźwigienkę przysłon, znalazł się w Siluecie przełącznik trybów pracy. W pozycji A działa automatyka ekspozycji, piorunek to tryb do zdjęć z fleszem (stały czas 1/30 s i swobodnie wybierana przysłona), a B umożliwia uzyskiwanie dowolnie długich czasów w połączeniu z dowolną przysłoną. Niestety, Siluet nie posiada gniazda wężyka spustowego. Skrajna pozycja K, umieszczona obok A, w której przełącznika nie da się zablokować, służy do testowania baterii – jeśli jest ona sprawna, po przytrzymaniu dźwigienki w pozycji K wewnątrz celownika zapala się czerwona lampka.
Standardowym trybem fotografowania jest jednak A, automatyka. Co ciekawe, nie działa ona w banalnym pełnym programie, jak to zwykle proste kompakty mają w zwyczaju, ale w trybie preselekcji przysłony! Czyli pierścieniem na obiektywie ustawia się wybraną wartość przysłony, a aparat samoczynnie i bezstopniowo dobiera do tego czas naświetlania w zakresie od 1/250 s do aż 8 sekund. Jeśli po częściowym wciśnięciu spustu z prawej strony wewnątrz wizjera pojawi się na dole pomarańczowe światełko, oznacza to, że ustawiony czas naświetlania jest dłuższy niż 1/30 s i w celu uniknięcia poruszenia zdjęcia należy szerzej otworzyć przysłonę lub użyć statywu. Z kolei czerwone światełko u góry (to samo, co przy teście baterii) oznacza przy wciskaniu spustu, że niezbędny czas naświetlania musiałby być krótszy niż minimalne 1/250 s i w celu uniknięcia prześwietlenia zdjęcia należy mocniej domknąć przysłonę.
Siluet nie posiada żadnego włącznika – zawsze jest gotów do strzału, a obwód elektroniczny włącza się po prostu wciskając na spust – jak, nie przymierzając, w Zenicie 12XP. Układ pomiarowy, jakkolwiek precyzyjnie, bezstopniowo ustawia czas naświetlania, nie posiada niestety pamięci – i jeśli po częściowym wciśnięciu spustu przekadruje się zdjęcie, to czas naświetlania i tak dostosuje się do oświetlenia w chwili wyzwolenia migawki (ale pamiętać warto, że to konstrukcja sprzed lat z górą czterdziestu – a wtedy, a i wiele później, tak się po prostu robiło). Aparat nie posiada wprawdzie do tego korekcji ekspozycji jako takiej, ale bez problemu można posługiwać się w tym celu zmianą nastawionej czułości filmu – co np. w przypadku użycia filmu o czułości 100 ASA daje zakres korekcji od -1 do +3 EV, a więc całkiem wystarczający. Umieszczony na obiektywie pierścień czułości jest wtedy bardzo łatwy w obsłudze.
Dźwignia spustu jest wprawdzie znacznie dłuższa niż w Wilii, ale wyraźnie mniej wygodna – posiada znacznie większy skok i jest dość twarda, zwłaszcza przy długich czasach wymaga nieco uwagi i stabilnego trzymania aparatu. Celownik jest praktycznie identyczny Wilii – z czytelnymi ramkami wyznaczającymi kadr i znacznikami paralaksy dla odległości poniżej 3 m. Nie ma już w nim natomiast symboli przysłony, pojawiły się zaś z prawej strony wspomniane dwie żaróweczki kontrolne.
Bez baterii Siluet działa także, acz w bardzo ograniczonym stopniu, tym niemniej w awaryjnej sytuacji można pokusić się o wykonywanie nim wtedy zdjęć. Migawka sterowana jest najwyraźniej całkowicie elektronicznie i wobec tego realizuje bez zasilania, jak można ocenić na oko, wyłącznie najkrótszy czas ekspozycji, 1/250 s – także w trybie B i zdjęć z fleszem. Natomiast mechaniczna przysłona działa w pełnym zakresie.


Aparat sam w sobie jest przyjemny w obsłudze i wygodny w użytkowaniu – tutaj nie odbiega wszak zbytnio od siostrzanej manualnej Wilii. Niejakim, ale w sumie formalnym, brakiem może być brak wskazania wartości czasu albo przysłony w celowniku, czy też w ogóle parametrów ekspozycji (co udało się wszak zrealizować w należącym też do tej samej rodziny Orionie EE). Co jednak ważne – automatyka ekspozycji działa naprawdę dobrze, na materiale negatywowym dając prawidłowo, żeby nie rzec przyjemnie naświetlone zdjęcia, nawet w kłopotliwych, kontrastowych warunkach. Ograniczona do zakresu 9-13 EV ekspozycja w trybie ręcznym (flesza) nie pozwala, niestety, na wykonywanie zdjęć przy jasnym świetle przy czułościach powyżej 50 ASA. Z racji na stosunkowo ciemny obiektyw o dość krótkiej ogniskowej nie dokuczają nawet, podobnie jak i w Wilii, skutki kwadratowego otworu czterolamelkowej przysłony.
Jakkolwiek jednak Siluet dzieli z Wilią jej zalety, dzieli też i wady – do których należy taka sobie jakość wykonania i spory rozrzut jakościowy pomiędzy egzemplarzami (w jednym z testowanym przeze mnie Siluecie objawiający się zdecydowaną nieostrością prawej strony kadru), a do tego przede wszystkim nienajlepiej skorygowany obiektyw. Triplet 69-3 charakteryzuje się wprawdzie niezłą ostrością obrazu w centrum kadru, ale bardzo wyraźnie spadającą w narożnikach. Tylne umieszczenie przysłony i migawki skutkuje ponadto wyraźnym winietowaniem, objawiającym się silnym ściemnieniem narożników, acz – co ciekawe – w Siluecie bywa ono w niektórych sytuacjach (zda się, że zdjęć z bliska przy małym otworze przysłony) bardziej dokuczliwe niż w WIlii, objawiając się całkowicie zasłoniętymi narożnikami.
Tym niemniej, o ile trafi się na dobry egzemplarz, Siluet jest w swej klasie dość typowym, przyjemnym aparatem, dzięki preselekcji przysłony dającym jako takie możliwości kontroli parametrów ekspozycji, co wobec przyzwoitej pracy automatyki umożliwia wykonywanie poprawnie naświetlonych zdjęć.

Zalety:

+ zwarta budowa;
+ zasadniczo dobra ergonomia;
+ migawka sektorowa;
+ duży zakres czasów;
+ dość mała minimalna odległość ogniskowania;
+ wygodny i precyzyjny celownik ze znacznikami paralaksy;
+ synchronizacja flesza przez gorącą stopkę i gniazdko kabla;
+ działanie migawki bez zasilania, ograniczone, ale zawsze;

Wady:

- nienajlepsza korekcja obiektywu;
- jedynie czterolamelkowa przysłona;
- brak gniazda wężyka spustowego;
- brak samowyzwalacza;
- delikatna pokrywka baterii;

Dane techniczne:

Typ filmu: 135
Format klatki: 24x36 mm
Celownik: lunetkowy o powiększeniu 0,6x
Obiektyw: Triplet 69-3, 40 mm f/4
Kąt widzenia obiektywu: 57 stopni
Minimalna odległość ogniskowania: 0,8 m
Migawka: sektorowa, sterowana elektronicznie
Pomiar światła – zewnętrzny, fotokomórką CdS
Zakres czasów migawki: 8 s – 1/250 s, B
Zakres przysłon: 4 – 16
Zakres ekspozycji automatycznej: 1 – 16 EV
Zakres ekspozycji ręcznej: 9 - 13 EV
Zakres czułości błony: 16-250 GOST-ASA (13-25 DIN)
Synchronizacja z fleszem: pełna
Transport filmu: ręczny
Gwint filtra: 46x0,75 mm
Gwint statywowy: 1/4"
Zasilanie: 4RC53, 4x PX625
Wymiary: 126x80x70 mm
Masa: do 410 g