piątek, 28 marca 2014

Nie zdążmy się spóźnić


   Jednym ze złudzeń przynoszących nieuchronne rozczarowania jest wrażenie, że mamy czas. Mamy dużo czasu. I jeszcze zdążymy.
  Często, niestety, nie zdążymy. Może nawet najczęściej nie zdążymy. W pozornej niezmienności płynie obok nas czas - zbyt wolno, aby upływ zauważyć, zbyt szybko, aby upływ ten zlekceważyć. 
   Bardzo mocno widać to i na przykładzie fotografii, będącej przecież mniej lub bardziej dosłownym zapisem naszego tu i teraz. Ileż to razy zdarzało się zwlekać z udokumentowaniem czegoś bliskiego, zwykłego, co zdawało się być niezmiennym elementem naszego otoczenia. Może po części dlatego, że wartość tego nie była oczywista, może dlatego, że było to zbyt codzienne, zbyt banalne swą oczywistością. I koniec, było, przeszło, nie ma. Ale czy blaknąca pamięć tego będzie i taka po latach kilkudziesięciu? Czy wystarczą tylko słowa? Zdjęcie pozostanie - czy to dowodem, czy wspomnieniem, tak czy inaczej zachowa cząstkę minionej przeszłości, choćby najtrywialniejszą, ale nieobojętną emocjonalnie. Tak, tak właśnie było.

   Trwamy w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa, że jeszcze zdążymy, że nie ma się co śpieszyć, mamy czas...
   A obok niezauważenie przemijają rzeczy zwykłe. Nie ma na co czekać.

czwartek, 12 grudnia 2013

System antykodakowski, czyli o walce dobra ze złem


Gdy Kodak wprowadził na rynek w 1963 roku swój system Instamatic, wraz z filmem typu 126, wywołało to na tymże rynku spore zamieszanie. Pojawił się bowiem prosty aparat dla każdego, o maksymalnie uproszczonej, intuicyjnej obsłudze. Zamknięty w dwuszpulowej kasecie film nie wymagał przy wkładaniu do aparatu żadnego obycia ze sprzętem, żadnego zaczepiania w aparacie, ustawiania czułości. Po prostu wkładało się kasetę do aparatu, zamykało klapkę - teraz wystarczyło tylko przewinąć film do pierwszej klatki - i już. Nawet czułość w aparacie ustawiana była automatycznie (o ile posiadał taką możliwość).

Nie dziw więc, że zachodnioniemiecka Agfa AG, nie chcąc zasypiać gruszek w popiele, z miejsca podjęła prace nad analogicznym systemem amatorskich kompaktów, bazując tym razem na swoim jeszcze przedwojennym standardzie Karat, wykorzystującym bezszpulowe kasety znacznie ułatwiające obsługę aparatu. To doprowadziło wkrótce do pojawienia się na rynku aparatów systemu Rapid, który wykorzystywał metalowe kasetki bardzo podobne do Karat (i z nimi wymienne), ale wyposażone w dodatkowe języczki umożliwiające automatyczne ustawienie czułości filmu.

Tak samo - o dziwo? - zareagowano na rzuconą przez Kodaka rękawicę i w bloku socjalistycznym, starając się zaszczepić nowe technologie i na rodzimy rynek. Już w roku 1964 podjęto w NRD próbę nabycia licencji na wciąż jeszcze opracowywany przez Agfę system Rapid - jednak spotkało się to z odmową ze strony zachodniej firmy. W następnym podejściu połączone siły wschodnioniemieckiego przemysłu fototechnicznego podjęły więc, w naturalnym odruchu, negocjacje licencyjne z Kodakiem, które zostały jednak w 1967 roku przerwane na szczeblu samej partii rządzącej SED, która - co łatwo ideologicznie uzasadnić - uniknąć chciała technologicznego uzależnienia się ode zgniłych moralnie krajów zachodnich. W zamian tego zlecono firmom z NRD opracowanie własnego, narodowego w formie i socjalistycznego w treści antykodakowskiego systemu aparatów amatorskich wraz z przynależnym im łatwym w użyciu standardem filmu.

Konstruktorzy wschodnioniemieccy poszli teraz poniekąd tą samą drogą co Agfa AG, wykorzystując jako bazę nowego systemu stare kasety Karat. Było to o tyle naturalne, że po wywołanej wojną przerwie wschodnioniemiecka VEB Filmfabrik Agfa Wolfen wznowiła ich produkcję w 1958 roku, wraz z pojawieniem się zgrabnego połówkowego aparatu Welta Orix (wkrótce przemianowanego na Penti). W 2. połowie l. 60. były więc owe kasety wciąż wytwarzane, tyle tylko, że w 1964 roku, gdy wschodnioniemiecka firma wybierając własną drogę rozwoju zbyła swemu zachodniemu odpowiednikowi prawa do nazwy Agfa, zmieniając się w VEB Filmfabrik Wolfen ze znakiem towarowym Orwo, zmieniono także nazwę enerdowskich kaset Agfa Karat na Orwo Penti.

Antykodakowski system szybkiego ładowania, który w końcu l. 60 narodził się wreszcie z tego zamieszania był, przynajmniej od strony filmu patrząc, skrojony na miarę skromnych wschodnich możliwości. Oparto go na zgrabnej plastikowej kasecie, będącej odświeżoną w nowym materiale formą kasety Karat/Penti, ładowanej, podobnie jak i pierwowzory standardowym filmem 35 mm... I tyle. W przeciwieństwie do Instamatika czy Rapida nie zdecydowano się na wprowadzenie mechanizmu automatycznego ustawiania czułości filmu w aparacie. Poza tym nic się nie zmieniło - liczący jakieś 60 cm odcinek filmu pozwalał wykonać 12 zdjęć 24x36 mm, 16 czy 18 zdjęć 24x24 mm, lub też 24 zdjęcia 18x24 mm. Kaseta otrzymała sugestywną - i całkowicie odpowiednią - nazwę Schnelladekassette (względnie Schnelladepatrone, kaseta szybkiego ładowania), skróconą wkrótce do bardziej marketingowo nośnego i międzynarodowego SL, który to skrót odpowiadał też angielskiemu Speed Loading czy Swift Loading. Pod marką Orwo produkowano w standardzie SL całą gamę filmów, czarno-białych negatywów, barwnych negatywów i slajdów, odpowiadającą aktualnej ofercie firmy.

I w ten oto sposób powstał w swym zrębie wschodnioeuropejski system fotografii popularnej ochrzczony SL. System, który nie składał się wszak z samej kasety - tworzyły go też, a nawet przede wszystkim, odpowiednie do tego celu aparaty. Ale o nich opowiemy może już następnym razem...

Ciąg dalszy - część 2.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Trochę przyziemniej


Dla czystości formy, jako  że i bardziej praktyczne problemy z zakresu fototechniki czasem mnie nurtują, a nawet - ba! - czasem robię i zdjęcia, postanowiłem sobie poświęcić tej tematyce skromny blog fototechniczny. 
Przeczytać tam można już teraz o tajemnych arkanach liczby naświetlenia (znanej jako EV), a także znaleźć mały test parasolek fotograficznych.
Odważnych zapraszam do lektury!

środa, 3 kwietnia 2013

Smutek starych albumów

Patrzę sobie na zdjęcia sprzed choćby czterdziestu lat. Bawiące się dzieci, roześmiana młodzież, dorośli oddający się swoim zajęciom, szacowni nestorzy o pobrużdżonych wiekiem twarzach. Zatrzymany wycinek rzeczywistości z jej sprawami, radościami, smutkami, myślami i pragnieniami - a życie potoczyło się dalej.

Fot. Martina Kaiser

Te dzieci są już dorosłe. Młodzi są starzy. Starych już nie ma. Śmiech uleciał, dzień minął. Ich przyszłość jest naszą przeszłością, marzenia, oczekiwania, plany - wszystko już było. Znają odpowiedzi.

A zatrzymana chwila trwa. Nieraz zupełnie niedostrzegniona, nawet wręcz niematerialna, ułamek sekundy, który umyka ludzkiemu oku, zachowany nam jako obraz. Anonimowe twarze, które przecież mają swoje nazwiska. Nie ma już tego, takiego miejsca, nie ma już tych, takich ludzi. Gdzie są, co robią? Warto było...?

środa, 5 grudnia 2012

Czas zatrzymany

Aparat cyfrowy a analogowy, czyli nieskończona dyskusja.
Pomijając szybkość uzyskania efektów z cyfrowego (choć duże laby robią odbitki z kliszy C41 w godzinę), cyfrak ma moim zdaniem jedną przewagę - możliwość podejrzenia efektu i ewentualna po tym szybka korekta.

Natomiast w najmniejszym stopniu nie jest zaletą EXIF - bo po prostu prawie nic z niego nie wynika w praktyce. Dowiemy się tylko jakie były parametry ekspozycji - i co z tego? Ważne jest, gdzie i w jaki sposób ustalona została ta ekspozycja w tych konkretnych (jakich?) warunkach oświetleniowych - a tego akurat EXIF nie powie, więc wbrew pozorom pomimo posiadania EXIFa jesteśmy, patrząc na efekt zdjęcia, tak samo głupi jak w przypadku analoga.

Aliści - jedna rzecz mnie boli w fotografii cyfrowej w kwestii formalnej (i tu się znów okazuje, że większość zalet analoga przejawia się jednak w sferze duchowej) - cyfra przez swą łatwość, natychmiastowość podglądu odarła całkowicie fotografię z - nazwijmy to oględnie - majestatu tworzenia. W analogu naciśnięcie spustu wieńczy proces myślowy, dając już nieodwracalny efekt zapisany na emulsji; w cyfrze staje się niejednokrotnie dopiero początkiem machinalnego, rzemieślniczego procesu - o histogram za bardzo w prawo, trzeba powtórzyć, jeszcze jedno, jeszcze ciut więcej trzeba dołożyć, oj za duża korekta, to jeszcze jedno z ciut mniejszą, a te nieudane to się skasuje. No kompozycja jeszcze jakaś nie taka, to jeszcze jedno. W wyniku czego powstaje pełno zdjęć, które nie służą niczemu poza ewentualnym wstrzeleniem się w rzekomy ideał, ergo nie niosą żadnej wartości. A już dawno spostrzegłem, że emocjonalność podejścia autora (czyli mnie) do zdjęcia, tegoż zdjęcia wartość sentymentalna - a to jest przecież chyba jeden z głównych czynników sprawczych fotografii amatorskiej - jest odwrotnie proporcjonalna do liczby wykonanych zdjęć. Za dawnych czasów, te 20 czy 25 lat temu, potrafiłem z całodziennej wycieczki krajoznawczej przywieźć pięć, sześć, no góra dziesięć zdjęć - z których każde było TYM zdjęciem, budzącym emocje i wspomnienia. Odzwierciedlającym historyczne miejsce i czas, które przeminęły i które nie wrócą - i nawet pewne niedoskonałości zdjęcia były tylko świadectwem jego niepowtarzalności. Wraz z rosnącą ilością wykonywanych zdjęć wszystkie one stają się coraz bardziej jednymi z wielu, pomimo rosnącej może technicznej jakości i poprawności coraz mniej sprawiającymi satysfakcji.
I co tu dopiero mówić o setkach czy tysiącach zdjęć tłuczonych dziennie, tak na wszelki wypadek?. Zdjęć, które pojedynczo nic nie przedstawiają, nic nie niosą, służą tylko osiągnięciu technicznego ideału objawionego choćby perfekcyjnym przebiegiem histogramu. A przecież żadne z tych zdjęć nie jest identyczne, żadne nie przedstawia świata takim samym, każde unieśmiertelnia inną nieuchwytną chwilę, która minęła i już nie wróci. Ale liczy się tylko to ostatnie, udane - a tamte wcześniejsze to się skasuje.

wtorek, 4 września 2012

Zoom w nogach

Modne stało się ostatnio, jak tak sobie patrzę, pojęcie zoomu w nogach, którym to zoomem posługiwać się trzeba przy dostąpieniu najwyższego stopnia wtajemniczenia w fotografii, czyli przy łasce korzystania z tzw. stałek (w domyśle oczywiście - jasnych stałek). Czyli - zakres kadru a odległość przedmiotowa.
Tak samo przy wszelakich nieśmiertelnych dyskusjach o ulotnej głębi ostrości, gdy tylko pojawi się porównanie matryc pełnoklatkowych z APS-C (o ile dyskutanci w ogóle zaakceptują fakt istnienia nieistniejącego, czyli owej umownej głębi ostrości). No powiedzmy, że zapanuje już consensus co do oczywistego faktu, że przy tej samej ogniskowej i tej samej odległości przedmiotowej APS-C ma mniejszą głębię ostrości, a przy tej samej odległości i tym samym kącie widzenia - większą, zaraz wszak pojawia się argument - ha! Ale przecież pełna klatka widzi szerzej niż APS-C, a więc takim to a takim obiektywem pełną klatką zdjęcie robi się z mniejszej odległości... - i w ruch idą wszelakie kalkulatory głębi ostrości udowadniające dowolne przekonania dowodzącego.

A przecież - pod względem przestrzennym obraz tworzą: kadr, perspektywa, plany, kąt widzenia. Tworzy go miejsce, w którym stoi fotograf i tworzy go motyw, który jest fotografowany. Którego wygląd w tej konkretnej perspektywie, w tych konkretnych ramach kadru, w tym świetle, na tym tle, sprawia, że podnosimy aparat ku oku. Wycinek trójwymiarowej rzeczywistości oddany na zdjęciu w dwóch wymiarach powstaje z połączenia dwóch idealnych punktów (kamera, cel), określony jest kątem widzenia, lub jak kto woli - ogniskową, obiektywu. To motyw widziany z konkretnego punktu narzuca ogniskową, a nie ogniskowa narzuca miejsce, w którym trzeba stanąć.
Nie ma tu miejsca na zoom w nogach.
A kiedyś zresztą w ogóle nie było zoomów.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Niedawno...?


Było - i nie ma.
Do miejsc przyzwyczajamy się przez całe lata. Są, trwają niezmienne - i stają się stałą częścią świata, do której zawsze można powrócić. Odnaleźć chwilę ukojenia myśli, ponownie poczuć ich nastrój, zapach, kolor.
...a w końcu przychodzi koniec. Niewiele trzeba zmienić, aby takie miejsce, do którego lubiło się wracać, straciło cały swój czar. Wyciąć drzewa, wytrzebić krzewy - miejsce niby i jest, ale umarłe. Nawet wspomnień szkoda tam szukać.
A wtedy zostaje tylko pamięć - i zdjęcia.