Zapomnieć o łomografii
Smiena - aparat budzący uśmiech politowania, ironię, szyderstwo, pogardę. Sprzedawane za grosze i na wiadra najwyższe ukoronowanie radzieckiej masowości, prymitywizmu i, jak to się teraz mówi, obciachu.
Gwarant nieostrych, przebarwionych zdjęć z flarami, winietowania i paprochów na negatywie, przyciągający łomografów niczym ekskrement przyciąga muchy.
Trudno jednak o bardziej krzywdzący wizerunek tego małego czy skromnego aparatu.
Wielu dzięki niemu utrwaliło wspomnienia - jedyne, najczęściej czarno-białe, świadectwa przeszłości. Jedyna i już niepowtarzalne. Smiena i nieśmiertelny Foto 65 - to były czasy...
Moja fotograficzna droga zaczęła się jakieś 45 lat temu, gdy brałem w ręce swój pierwszy aparat, Smienę Symbol. Wtedy jeszcze nieświadoma, owiana tajemnicą, ale jednak zachęcająca rezultatami. Niebawem smiena ustąpiła miejsca bardziej zaawansowanym aparatom, czy to dalmierzowemu, czy wreszcie lustrzance, acz i szybko z powrotem weszła do służby jako, jak to się dzisiaj ładnie mówi, drugi korpus - co uwarunkowane było specyfiką rynkową owych czasów. Smiena stała się bowiem substytutem obiektywu jako tako szerokokątnego, pozwoliła także wykonywać zdjęcia na negatywach, możliwe do oglądana na papierze, gdy podstawowy aparat załadowany był akurat slajdami. W końcu jednak pojawił się w moich zasobach i normalny obiektyw szerokokątny, barwne negatywy przestały być z rzadka przemykającymi przez rynek rarytasami, więc i smiena utraciła w zasadzie podstawy swego użycia, odchodząc na, zdawałoby się, ostateczną emeryturę.
Smiena powróciła do mnie jednak po kilkunastu latach latach, gdy wiedziony czystą ciekawością postanowiłem spróbować, jakie toto w zasadzie robi zdjęcia na współczesnym materiale. Zapakowałem więc do swej Symbol barwną Superię 200, naświetliłem niezobowiązująco, obejrzałem rezultaty - i od tej pory smiena, taka czy inna, stała się moim stałym towarzyszem, dokumentalistą górskich (i nie tylko) wycieczek Symbol udała się z czasem na zasłużoną emeryturę, z której powróci zapewne od czasu do czasu aby zaspokoić sentymenty, zaś jej miejsce zajęła z kolei 8M.
A więc jak to w końcu jest z tą smieną?
Najpopularniejszym, najłatwiej dostępnym modelem jest niewątpliwie Smiena 8M, więc i jemu przyjrzyjmy się bliżej.. Aparat prosty, bez wodotrysków, ale wyposażony w swej klasie przyzwoicie - jak to w owych czasach bywało - i przede wszystkim pozwalający wykonywać dobrej jakości zdjęcia. Owszem, w swej prostocie ma pewne przywary, ale konieczność ich okiełznania nie umniejsza bynajmniej funkcjonalności tego narzędzia, jak i nie rujnuje uzyskiwanych nim rezultatów. Powiedziałbym nawet, że nadają one pewnej specyfiki korzystaniu z tego aparatu - i przez to można je nawet polubić.
Najpopularniejszym, najłatwiej dostępnym modelem jest niewątpliwie Smiena 8M, więc i jemu przyjrzyjmy się bliżej.. Aparat prosty, bez wodotrysków, ale wyposażony w swej klasie przyzwoicie - jak to w owych czasach bywało - i przede wszystkim pozwalający wykonywać dobrej jakości zdjęcia. Owszem, w swej prostocie ma pewne przywary, ale konieczność ich okiełznania nie umniejsza bynajmniej funkcjonalności tego narzędzia, jak i nie rujnuje uzyskiwanych nim rezultatów. Powiedziałbym nawet, że nadają one pewnej specyfiki korzystaniu z tego aparatu - i przez to można je nawet polubić.
Model 8M (podobnie, jak i Symbol) cierpi przede wszystkim na tradycyjną przypadłość późnych smien - bardzo nieprecyzyjny celownik ze zbyt dużym okularem, wymagający dokładnego, centralnego przykładania oka; inaczej kadr może zaskakująco nieprzyjemnie różnić się od zamierzonego. Chyba najlepsza jest tu pierwsza generacja smien, do wersji 4, bo te mają po prostu najmniejszy okular.
Spust, mały i twardy, także nie zachwyca specjalnie swoją wygodą, uważać trzeba na cofającą się w chwili wykonywania zdjęcia dźwignię naciągu migawki, której zaczepienie o palec skutkuje prześwietleniem zdjęcia na skutek zahamowania mechanizmu migawki z otwartymi lamelkami. No i dlaczego nie pokuszono się o wprowadzenie zabezpieczenia przed podwójnym naświetleniem klatki? Biorąc pod uwagę działanie mechanizmu licznika, zlokalizowanego wszak tuż obok spustu - nie byłoby to wcale takie trudne. Niemcy w bardziej nawet prymitywnych Beirette czy innych Certo jakoś nie mieli z tym problemu. Chyba możliwość wielokrotnego naświetlania klatki nie była tutaj najważniejszym aspektem? Na szczęście próbując obrócić pokrętło transportu filmu można wszak w razie wątpliwości łatwo i w dowolnym momencie sprawdzić, czy ten został już przewinięty, czy nie - zawsze coś, w przypadku aparatów średnioformatowych z odczytem liczby klatek z papieru ochronnego przez okienko nie ma wszak nawet takiej możliwości. A najprościej wszak wyrobić sobie nawyk przewijania filmu zaraz po zdjęciu. Nic trudnego.
Spust, mały i twardy, także nie zachwyca specjalnie swoją wygodą, uważać trzeba na cofającą się w chwili wykonywania zdjęcia dźwignię naciągu migawki, której zaczepienie o palec skutkuje prześwietleniem zdjęcia na skutek zahamowania mechanizmu migawki z otwartymi lamelkami. No i dlaczego nie pokuszono się o wprowadzenie zabezpieczenia przed podwójnym naświetleniem klatki? Biorąc pod uwagę działanie mechanizmu licznika, zlokalizowanego wszak tuż obok spustu - nie byłoby to wcale takie trudne. Niemcy w bardziej nawet prymitywnych Beirette czy innych Certo jakoś nie mieli z tym problemu. Chyba możliwość wielokrotnego naświetlania klatki nie była tutaj najważniejszym aspektem? Na szczęście próbując obrócić pokrętło transportu filmu można wszak w razie wątpliwości łatwo i w dowolnym momencie sprawdzić, czy ten został już przewinięty, czy nie - zawsze coś, w przypadku aparatów średnioformatowych z odczytem liczby klatek z papieru ochronnego przez okienko nie ma wszak nawet takiej możliwości. A najprościej wszak wyrobić sobie nawyk przewijania filmu zaraz po zdjęciu. Nic trudnego.
Aparat wyposażony został w standardową zimną stopkę do mocowania flesza oraz umieszczone na obiektywie gniazdko PC. W spust migawki wkręcić można równie standardowy wężyk spustowy ISO - czego brak choćby modelowi Symbol.
Nieco problemów sprawić może zdobycie pasujących do smieny 8M czy Symbol akcesoriów do obiektywu. Wczesne wersje obu modeli (charakteryzujące się pojedynczą ścianką wokół przodu tubusa obiektywu) posiadały dość i dziś typowy gwint filtra M43, jednak w późniejszych seriach - i bez porównania bardziej popularnych - gwint zmieniono na nie tak już dziś oczywisty M35,5.
Średnica akcesoriów nakładanych na taką mniejszą średnicę (np. osłony przeciwsłonecznej) wynosi wprawdzie 37 mm, ale - uwaga - z racji na dość dużą grubość ścianki, w której wykonany jest gwint filtra, osłony takiej nie da się założyć bezpośrednio na obiektyw, można to zrobić jedynie za pośrednictwem wkręconego filtra (co na szczęście nie powoduje jeszcze winietowania). Trzeba i mieć na uwadze, że z racji na umieszczenie pierścienia przysłon dookoła przedniej soczewki, staje się on niedostępny po założenia filtra - tym niemniej z racji na przyjętą filozofię ustawiania parametrów ekspozycji, gdzie przysłonę ustawiało się trwale w zależności od czułości filmu, a naświetlenie regulowało czasem migawki, zdawało się to zapewne nie być wielkim problemem. I w praktyce w sumie rzeczywiście nie jest.
Inna z popularnych Smien, Symbol, model bardziej elegancki, żeby nie rzec luksusowy, pod względem możliwości niewiele odbiega od 8M, acz jest wygodniejszy w obsłudze - tyle, co posiada klasyczny naciąg filmu sprzężony z napinaniem migawki, lekki dźwigniowy spust przy obiektywie, synchronizację flesza przez gorącą stopkę i wygodne zaskoki pierścienia nastaw migawki. Brak jej natomiast gniazda wężyka spustowego, a celownik jest równie niedoskonały.
No a jak w końcu smieny wypadają w praktycznym użyciu? Ja nie narzekam.
W standardowych warunkach oświetleniowych ikonki ekspozycji sprawdzają się zupełnie dobrze. Od czego zresztą najnowsze zdobycze techniki - w razie konieczności wspomóc się można światłomierzem (choćby wystąpił w jego roli aparat cyfrowy), a do tego zamontować można na aparacie zewnętrzny dalmierz. Migawka sektorowa zapewnia pełną synchronizację z dowolnym fleszem, choćby przy czasie 1/250 s - pozwalając nie bez pogardy patrzeć na inne modele bardziej zaawansowanych aparatów, z lustrzankami na czele.
W standardowych warunkach oświetleniowych ikonki ekspozycji sprawdzają się zupełnie dobrze. Od czego zresztą najnowsze zdobycze techniki - w razie konieczności wspomóc się można światłomierzem (choćby wystąpił w jego roli aparat cyfrowy), a do tego zamontować można na aparacie zewnętrzny dalmierz. Migawka sektorowa zapewnia pełną synchronizację z dowolnym fleszem, choćby przy czasie 1/250 s - pozwalając nie bez pogardy patrzeć na inne modele bardziej zaawansowanych aparatów, z lustrzankami na czele.
Jeśli chodzi o zakres ekspozycji, przy najobfitszym naświetleniu (przysłona 1:4 i czas 1/15 s) odpowiada ona liczbie 8 EV, a przy najskromniejszym (1:16 i 1/250 s) - 16 EV. Stąd też i łatwo odnieść sobie w pamięci ustawioną ekspozycję do liczb naświetlania, a te zarazem do warunków oświetleniowych.
Co nadmienić trzeba, starsze wersje, jak choćby Smiena 8, miały liczby naświetlania naniesione od razu na pierścienie nastawcze przysłony i czasu, co znakomicie ułatwiało życie przy ich wykorzystywaniu (a ja.tam akurat często określając ekspozycję myślę sobie właśnie kategoriami liczb naświetlania).
Niezbyt jasny obiektyw (1:4) o krótkawej ogniskowej 40 mm sprawia, że rozmycie drugiego planu jest względnie umiarkowane - tym niemniej i tak nienajgorsze, zwłaszcza przy małych odległościach ogniskowania. Przyznać przede wszystkim trzeba, że obiektyw T-43, choć to tylko prosty tryplet, charakteryzuje się po przymknięciu świetną ostrością i ogólnie dobrą pracą pod światło. Winietowanie T-43 jest łagodne i umiarkowane, wręcz przyjemnie klasyczne. Obiektyw, najistotniejszy przecież element aparatu tradycyjnego, przede wszystkim wpływający na jakość otrzymywanego obrazu, to niewątpliwy atut smieny, który świadczy o użyteczności tego aparatu. Dobrze, powiem wprost, obiektyw jest świetny.
No właśnie - przy okazji obiektywu wypada zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Skala głębi ostrości na obiektywie Smieny 8M wyznaczona jest dla krążka rozproszenia rzędu 0,045 mm. Dlatego też, jeśli zależy nam na uczciwej głębi ostrości (dla krążka rozproszenia 0,03 mm), posługiwać się należy ową skalą bardzo ostrożnie, przyjmując do wyznaczenia głębi ostrości zakres nawet o jakieś półtorej działki przysłony mniejszy niż naniesiony na obiektywie. Czyli, jeśli fotografujemy na przykład przy liczbie przysłony 11, zakres głębi ostrości wyznaczmy na skali pomiędzy 5,6 a 8.
Zresztą - aparat to narzędzie, świadomość możliwości którego jest wykładnią oczekiwanych i uzyskiwanych nim rezultatów, projekcją potrzeb fotografującego. Narzędzie do utrwalenia obrazu, zmaterializowania myśli i odczucia. Technika jest sprawą drugorzędną, o ile celem, wbrew dzisiejszym technokratycznym modom, nie jest obraz sam w sobie.
Zresztą - aparat to narzędzie, świadomość możliwości którego jest wykładnią oczekiwanych i uzyskiwanych nim rezultatów, projekcją potrzeb fotografującego. Narzędzie do utrwalenia obrazu, zmaterializowania myśli i odczucia. Technika jest sprawą drugorzędną, o ile celem, wbrew dzisiejszym technokratycznym modom, nie jest obraz sam w sobie.
Skąd więc łomografia? Z technicznej indolencji, bez wątpienia. Adepci łomo potrafią (czy raczej potrafili, patrząc na obecne losy tego dogorywającego ruchu) zrobić zdjęcie, spaprane technicznie jednocześnie pod dokładnie każdym względem, dowolnym aparatem, choćby nowoczesną lustrzanką z pomiarem TTL. Ja nie umiem nawet smieną. Ale powstało stąd pośród młodzieży przekonanie, że smieny robią zdjęcia nieostre, pozaświetlane, poruszone, porysowane i w ogóle źle naświetlone. I tak już w świat poszło.
No i na koniec wspomnieć muszę, tradycyjnie, o swej ulubionej największej tajemnicy radzieckiej fototechniki. Otóż, numerowane modele smien produkowane były zasadniczo w parach dwóch bliźniaczych modeli, z których jeden był lepiej, a drugi gorzej wyposażony - pary takie to Smiena 1 i 2, 3 i 4, 6 i 7, 8 i 9. W przypadku modeli z lat sześćdziesiątych-siedemdziesiątych lepszymi modelami były parzyste (6 i 8), które odróżniały się od nieparzystych (7 i 9) obecnością samowyzwalacza. Smiena 8M samowyzwalacza wszak nie posiada - dlaczego więc nazywa się 8M, a nie 9M?
Ot zagadka...
I wreszcie - cóż zatem sądzić mogę o smienie?
Otrzymujemy jednak w postaci smieny 8M czy Symbol dobrze wykonany, zwarty, lekki kompaktowy aparat - którego zaletą jest w swej klasie, a co dopiero wobec ceny, znakomity obiektyw. Pochwalić trzeba zdecydowanie wykonanie aparatu i mały rozrzut jakościowy - w porównaniu do podobnej klasy vilii kultura pracy i spasowanie elementów są znakomite, a jakość, w znanych mi egzemplarzach, bez zarzutu.
Lubię ten aparat, bez dwóch zdań. Może i wiele w tym sentymentu sięgającego wspomnień słonecznego kraju lat dziecinnych, może przekory. Tak, są tej wielkości aparaty lepsze, o większych możliwościach, ostrzejszych obiektywach, precyzyjniejszych celownikach. Dla mnie smiena oferuje jednak niemal wszystko, co może być potrzebne. Jeśli spojrzeć na finalny obraz jako taki, oderwany od technicznego procesu jego tworzenia, smiena zdać się może próżną fanaberią. Można i jednak, podobnie jak i przecież w sztukach pięknych, odebrać obraz poprzez technikę, jaką został uzyskany - i w taki sposób aparat staje się teraz częścią zdjęcia. Tak, jak i częścią obrazu jest i sam fotografujący, jego wrażliwość, preferencje czy możliwości.





